Będę na niego całą noc

Ebook + książka Będę czekać całą noc, Justyna Luszyńska. EPUB,MOBI. Wypróbuj 14 dni za darmo lub kup teraz do -50%! Będę czekać całą noc-25 % Pobierz fragment (mobi) Pobierz fragment (epub) PROMOCJA. Będę czekać całą noc. 1 opinia. ... dla przyjaciół Wally – wraca ze szkoły w dniu 18. urodzin. W domu, zamiast przyjęcia niespodzianki, czekają na niego ciała brutalnie zamordowanych rodziców oraz zabójcy, którzy próbują zgładzić także ... Będę czekać całą noc - opis ebooka ... Ten facet albo dziś będzie mój, albo nigdy. Z walącym sercem wstałam od swojego stolika i przeniosłam się do niego. Spojrzał na mnie jak na wariatkę. – Cześć. Pewnie się zastanawiasz, co robię… – rozpoczęłam atak. Będę czekać całą noc, Justyna Luszyńska Ola nie ma jeszcze trzydziestki, ale i tak przez swoja rodzinę okrzyknięta została starą panną. Nikt w nią nie wierzy i nie tylko sama o sobie podtrzymuje teorię o tym, że jest życiowym nieudacznikiem, ale również doskonale utwierdza ją w tym przekonaniu jej matka. Transkrypt ( 25 z dostępnych 133 stron) STRONA 1. Luszyńska Justyna Będę czekać całą noc. STRONA 2. Prolog Co powinna zrobić kobieta, jeżeli chce zdobyć faceta swoich marzeń: a) wyglądać jak bogini seksu, b) być tajemnicza, c) mieć facetów totalnie gdzieś, bo niedostępne kobiety są najseksowniejsze. Mało czytam polskich autorów, ale staram się to naprawić. Kiedy w przystępnej cenie na Livro.pl, zobaczyłam 'Będę czekać całą noc', stwierdziłam, że kliknę ją do koszyka. Tak zrobiłam. Spodziewałam się trochę więcej erotyki (szczerze to mówię) ale tytuł mnie kompletnie zmylił. Ola, ma prawie trzydzieści lat. Sama ... Justyna Luszyńska - Będę czekać całą noc - (pdf) - plik 'J > Alfabetycznie literatura różna- romanse, rom.hist,powieści, krymi'. Inne dokumenty: J, Alfabetycznie literatura różna- romanse, rom.hist,powieści, krymi, Julka_15

Moja racja! - Twoja racja? Moja racja przed waszą racją!

2020.05.11 17:33 JK_Bogaczyk Moja racja! - Twoja racja? Moja racja przed waszą racją!

Witam was moi drodzy Reddit'owcy.
Chciałbym wam podrzucić materiał do wpierw przemyślenia, a dopiero potem wyrażenia swojej opinii. Nie musicie się spieszyć, czasu jest sporo a kabaret jak widać się nie kończy. Wydaje mi się, że ostatnio wszyscy płyniemy na fali politycznej tępoty. Gorączkowo staramy się dorównać trendom propagowanym w telewizji czy na mównicach i w reportażach gdy formułujemy swoje wypowiedzi. Także głęboki oddech i rozpoczynamy.
Wchodzę tutaj codziennie i to kilkukrotnie. Uważam ten SUB za całkiem niezłe źródło informacji o obecnej sytuacji w Polsce. Głównie dlatego, że nie widzimy tutaj tylko jednego obozu ale mamy widok na całą batalię. Z tego wynikają następujące punkty.

  1. Uderza mnie w tym co widzę i czytam fakt z jaką lekkością i zobojętnieniem przyjmujemy coraz to nowe wybryki ludzi, którzy nami rządzą, i którzy żyją obok nas.
  2. Boli niezdolność do zawierania konsensusu i destylowania z skrajnie dwóch odmiennych zdań jakiejś wartościowej treści.
  3. Szokuje w pewnym stopniu brak godności i honoru w ogromnej części osób decyzyjnych.

Poruszmy najpierw punkt pierwszy i trzeci. Myślę, że rozbiję to wszystko na więcej niż jeden post.

Przykładów, które naszpikowane są ww. określeniami i wydarzeniami jest wiele. Wspaniałym jest oczywiście trwająca propaganda w telewizji niegdyś publicznej a dziś sztandarowo PiSowskiej. I nie napisałem prawicowej a to dlatego, że prawica kojarzy się z religią a myślę, że zgodzicie się ze mną, że PiS na czele z Andrzejem Dudą; podciera się to papierem toaletowym, to religią zależnie od widzimisię.
Przystańcie na chwilę i zastanówcie się. Ile osób pracuje w telewizji TVP? Ile osób wraz z "household" nazwiskami jest w sejmie? Ile więcej współpracuje z nimi? Jakie organizacje pomagają im?
Lekką ręką rzućmy liczbę i wyjdzie nam od tysiąca do kilku tysięcy osób. Ogromna liczba ludzi pracująca dzień i noc z nimi i dla nich. Ludzie pochodzący z przeróżnych miejsc i środowisk. Dlaczego więc łączy ich wszystkich jedna rzecz?
Wszyscy dokładają się do destrukcji wolności i równości w kraju. Zatrzymajcie się przy tym zdaniu na chwilę. Pomyślcie biorąc pod uwagę historię naszej ojczyzny.
Mnie osobiście przechodzą ciarki. Nie będę tu rzucał datami ale mniej więcej zobrazuję wam moją myśl.
Czy kiedy dany reporter, polityk, poseł, przedsiębiorca, obywatel, ksiądz przygląda się niedawnym wydarzeniom i wznosi okrzyk pełen pochwał na forum publicznym. To czy taka osoba zdaje sobie sprawę, że historycznie jest ona równa tym, którzy podczas Targowicy skazali swój naród na nieistnienie?
Czy ktokolwiek z tych posłów/współpracowników w PiS, PO, Lewica etc. Zdaje sobie sprawę, że przykładając się do tego co robi w dużej mierze kierownictwo tych partii, w świetle ostatnich wydarzeń czyni go najprawdziwszym zdrajcą ojczyzny?
Czy komukolwiek z nich na prawdę nigdy nie zaświtała w głowie choćby przez sekundę myśl, że robiąc to co robią odarli siebie z jakiejkolwiek płachty człowieczeństwa?
Ktoś powie: "Robią to dla pieniędzy". W takim wypadku uderzmy w ich (PiS) uduchowienie. Skoro są kojarzeni z tym i używają tego wedle uznania, użyjmy tego teraz. No kto zgadnie czym są? Polacy lubią to słowo. A no są Judaszami! Tak często stosowane określenie w potocznej mowie, że już praktycznie straciło swoją pogardliwą naturę.
A przecież analogia jest zastraszająca. Sprzedali nas, najzwyczajniej w świecie sprzedali za garść groszy. Setki posłów i posłanek sprzedało 40 milionów ludzi dla swojego zysku.
Telewizja, niektóre stacje radiowe, portale informacyjne, kościół. Sprzedali nas za garść groszy i ich własne ambicje.
Dlaczego ująłem w tym kościół? Bo gdyby nikt nic o niczym nie wiedział, gdyby te intrygi nie były szyte nicią grubą jak koński ogon to jakikolwiek osąd zachowania zdrajców byłby wątpliwy. Tyle, że my tutaj nie mamy żadnej wątpliwości, nikt niczego nie chowa, wszystko jest jawne na szczęście. Widzimy ich takimi jakimi zawsze byli gdy już czerwona lampka zgasła w kamerze.
I co zrobił kościół? A widzicie nic. Pryncypialna zasada chrześcijaństwa jaką kościół promuje, leży w kałuży krwi i kwili bo zdeptało ją tak wielu.
"Pomagać tym, którzy o pomoc błagają, tym którzy pomóc już sobie nie mogą"
Tymczasem wszystko gra, gra pozorów, gra gestów. Tam się przeżegnam, tu się pojawię. "Jestem chrześcijaninem! A ktokolwiek w to wątpi jest szarlatanem!".
Kościół milczy gdy grupa ludzi "morduje" tych, których mają bronić przed złem wewnętrznym i zewnętrznym. Nie wstawia się, nie apeluje, nie pokaże palcem, nie zakrzyczy, nie stanie na drodze tej morderczej rewolucji bo jedzie na tym samym wozie i ramię w ramię popędza nas ten wóz ciągnących.
Jeżeli mielibyście szansę, to czy zapytalibyście tych reporterów z TVP. "Co wy wyprawiacie?"; "Dlaczego kłamstwo jest najczęstszym co słyszymy od was?". Jak myślicie, jaka by była odpowiedź tych ludzi? Wiedzą, rozumieją, że nic co robią nie przyczynia się do dobra a raczej zasila i tak już silne zło?
Czy szeregowy poseł wie, że przymykając oczy na bezprawie staje się przestępcą najwyższej kategorii? Czy on w ogóle orientuje się jak wiele zła przez niego się dzieje? Zdrajca i przestępca. O wiele wyżej się nie da. Taki obraz taka osoba chce pozostawić po sobie?
Powiecie, kto by chciał ryzykować, wyjść przed szereg...Przecież ludzie mają rodziny na utrzymaniu, kredyty do spłacenia. I dlatego powinni skazywać na szafot cały kraj w nadziei, że w ostatniej chwili jakiś Robin Hood uchroni skazanych przed najgorszym?
Kiedyś faktycznie tak było, że jedna osoba niewiele mogła zdziałać i to mogło ją powstrzymywać przed działaniem ale dziś to już nie ten czas. Wszyscy są albo zastraszeni, albo nawet w poświęceniu nie chcą się wyzbyć kultu mamony. Dlatego ciężko wyglądać ratunku z obozu zdrajców.
I tak można w kółko. Teraz wyobraźcie sobie jeszcze raz tą liczbę osób, która pracuje na nasze zniewolenie.
Sto?
Tysiąc?
Dziesięć tysięcy?
Ilu? Nie posłów, nie reporterów, nie policjantów, nie księży, nie pracowników biurowych, nie sekretarek, nie asystentów, nie ministrów, nie premierów, nie prezydentów. Ile LUDZI żyjących razem z nami pracuje na to byśmy wszyscy pożegnali się z wolnością, sprawiedliwością i godnym życiem?

Dziękuję, za przeczytanie i wszelkie odpowiedzi. Pomóżcie mi skonfrontować moje myśli. Ciąg dalszy nastąpi gdy zbiorę więcej. Tematem będzie Prawa i Lewa strona.

Zostawiam wam utwór Kazika z przed kilku dni. Kto nie słyszał, niech posłucha.
https://www.youtube.com/watch?v=o9LzNtpjhV0
submitted by JK_Bogaczyk to Polska [link] [comments]


2018.08.03 14:02 SoleWanderer Krystyna Janda Ona się za nas modli, czyli pani Honorata

Mówiłam, że chciałabym napisać książkę o moich gosposiach. Nigdy jej nie napiszę, ale pani Honorata na pewno godna jest książki.
Spotkałyśmy się na dwa dni przed moim pierwszym ślubem, w kościele. Ona - biednie ubrana, wiejska, stara kobieta ze śmiesznie zadartym nosem (perkatym, jak potem zawsze mówiła), ja - studentka III roku PWST, przerażona, że za dwa dni wyprowadzę się od rodziców i będę musiała rozpocząć samodzielne życie.
Zapytałam, dlaczego płacze. Odpowiedziała, że była dwanaście lat u krewnych, wychowała im dzieci, teraz jest już niepotrzebna, a na wieś wrócić nie może, bo oddała gospodarstwo wychowankowi, który jej nie chce. Słowem - nie ma gdzie się podziać.
Bez namysłu zaangażowałam ją jako gosposię i przyprowadziłam mamie do domu. Miała nocować u moich rodziców (pod Warszawą) i dojeżdżać codziennie rano do naszej małej, wynajętej kawalerki. Robić zakupy, gotować, sprzątać i na noc wracać znów do rodziców.
Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni. Wyglądała bardzo biednie, nikt nie rozumiał, co mówi, bo mówiła najczystszą, najpiękniejszą gwarą z Tarnowskiego, a ja, dziwnie spokojna, czułam, że jest to jedna z najsłuszniejszych decyzji w moim życiu.
I tak się zaczęło moje dwunastoletnie życie z Honoratą. Dzięki niej bezpieczne, dzięki niej radosne, dzięki niej spokojne, dzięki niej, dzięki niej...
Dziś wiem, że po moich najbliższych była dla mnie najważniejszym człowiekiem, a spotkanie jej należało niewątpliwie do najszczęśliwszych przypadków w moim życiu.
Byłam zawsze ja, ona i moje dziecko. Mężowie, rodzina, przyjaciele, znajomi byli w jej oczach wrogami. Była ona i ja, ona mnie broniła, uważając, że wszyscy poza nią mnie krzywdzą i chcą wykorzystać.
Mówiłam do niej zawsze: "pani Honorato"; a ona do mnie - "ty", podobnie jak do wszystkich naszych znajomych. O moich mężach mówiła "ón". Wchodziłam do domu i od razu otrzymywałam poufną informację szeptem:... ón śpi, ónego nima, ón ma gościa ... "ón" - wróg, obcy, zagrożenie. W jej chłopskiej mentalności - pan, którego można i trzeba traktować z przymrużeniem oka, a na pewno nie dopuszczać do tajemnic domowych.
Dopóki chodziła po moim domu w rozdeptanych kapciach, śpiewała od piątej rano godzinki na zmianę z wyklinaniem naszego kota, wiedziałam, że nic złego stać się nie może ani mnie, ani mojemu dziecku. Bo ona modli się, czuwa, rządzi. "Kochana Matko! Jedyna Matko!" - to do Matki Boskiej... "A pójdziesz ty w cholerę, gadzie zatracony" - to do kota... I znów: "Najświętsza Matko! Móóóódl się za nami!" - do Matki Boskiej... Towarzyszyła mi pani Honorata przez dwanaście lat, uczestnicząc w życiu, karierze, rozwodzie, wychowaniu mojej córki.
Do tego wszystkiego trzeba dodać, że Honorata nie skończyła żadnej szkoły, czytała, sylabizując, nie bardzo znała się na zegarku, a jednocześnie była jedną z najinteligentniejszych osób, jakie znałam.
Mój zawód i moja kariera
Nie wiedziała dokładnie, co robię. Mówiła: pani nadaje... nadaje w radyju, w telewizyi, w teatrze, nadaje... Na czym to właściwie polega , nie wiedziała ani jej to nie interesowało. Uważała, że kobieta w mieście nie powinna pracować. Kiedy urodziłam dziecko, przeganiała reżyserów spod drzwi (nawet wybitnych, ale ona o tym nie wiedziała), mówiąc: nima jej, nie będzie nadawać, ma dzieciaka... A na wszelkie próby perswazji odpowiadała niezmiennie: weź se, chłopie, inną, co to, mało artystków, co to, ona jedna do nadawania, dajże jej spokój...
Próbowałam to potem odkręcać. Tłumaczyłam jej, żeby przynajmniej ich nie odpędzała, tylko pozwoliła mi z nimi porozmawiać. Nawet nie chciała o tym słyszeć.
Telefon
To ja uczyłam ją z niego korzystać. Mówiła do wszystkich dzwoniących po imieniu, opowiadając ludziom całe moje życie przy okazji.
Pół roku błagałam, żeby nie odkładała słuchawki na widełki, kiedy idzie mnie poprosić do telefonu, bo wtedy rozmówcę rozłącza. Krzyczałam w furii, że słuchawkę odkłada się obok aparatu. Wtedy mówiła: no przecie wiem, cego się wścikas...
Po czym odwracała się z godnością, obrażała i za chwilę robiła to samo.
Po pół roku nauki pewnego dnia zadzwonił telefon, kiedy byłam w wannie, jak zwykle opowiedziała temu komuś, co robię, jak długo i co ona o tym myśli, a w ogóle jak można się tak często kąpać, u nich na wsi Józek od Łapów umarł na dzień przed ślubem, bo się wykąpał i wsiadł na motor z mokrą głową, a ja codziennie z mokrą głową gdzieś lecę, po czym poszła poprosić mnie do telefonu. Kiedy mokra, ociekająca wodą zobaczyłam, że słuchawka leży na widełkach... dostałam szału! I wtedy ona podeszła spokojnie ze słowami:
A do słuchawki:
I z triumfem, a zarazem pogardą mi ją podała. Po prostu tym razem ten ktoś się jakimś cudem nie rozłączył, czekał, zupełnie zresztą nie rozumiem dlaczego - i pół roku nauki poszło na marne.
Ubieranie się
Ona zawsze w czyściutkiej sukience "na co dzień" i chustce w wielkie róże na głowie - i w domu, i poza domem. W niedzielę w brokatowej sukience "kościelnej" i w "gazowce" w róże. Trzecia, czarna suknia, na śmierć, i chustka w srebrne róże - prezent ode mnie z Ameryki - leżała w walizeczce pod łóżkiem.
Z okazji wszystkich uroczystości i rocznic chciała, żebym jej kupowała ciepłe "galoty" i wełniane pończochy, a raz w roku, na wiosnę, wiozłam ją na bazar Różyckiego po dwie pary butów - czarne sandały i brązowe półbuty.
Kiedyś jeździłyśmy autobusem (nie miałam samochodu). Po wejściu do warszawskiego autobusu mówiła głośno "pochwalony", szukała miejsca, po czym, często zganiając jakiegoś młodego mężczyznę, sadzała mnie - zawstydzoną, młodą, dwudziestoparoletnią - siłą, a sama (staruszka) stawała przy mnie, głośno oznajmiając pasażerom:
I uśmiechała się radośnie do wszystkich.
Potem zaczepiała pierwszą kobietę przede mną albo za mną i pytała, czy jest zdrowa, czy ma dzieci, do jakiego kościoła chodzi i co u nich ksiądz mówił w niedzielę na kazaniu. Wysiadając, życzyła całemu autobusowi szczęść Boże, a do mnie krzyczała:
Na początku wstydziłam się tego wszystkiego, później nie zamieniłabym tych podróży na nic innego.
Na bazarze zaczynał się niebywały teatr z targowaniem się, obrażaniem na sprzedawców, udawaniem, że nam nie zależy (bo i mnie kazała w tym uczestniczyć). Początkowo wściekła, chciałam płacić za wszystko i prawie ze łzami w oczach syczałam do niej, że to moje pieniądze i mogę sobie z nimi robić, co chcę. Później zrozumiałam, że to nie chodzi o pieniądze, że ona nie potrafi inaczej i że to jej sprawia przyjemność. A dumy z utargowanycłi dwudziestu złotych nie da się z niczym porównać.
Ja ubierałam się tak, że ona żegnała się za każdym razem na mój widok i mówiła:
Pewnego dnia przyszła ze spaceru z dzieckiem zadowolona i jakby z czymś wewnętrznie pogodzona. Zapytałam, o co chodzi... Odpowiedziała:
Kamień spadł jej z serca. Zawstydzało ją moje przebieganie z łazienki czy poszukiwanie bielizny rano, nago, a mnie nigdy nie przyszło do głowy, że to może być dla niej problem. Kochana pani Honorata. Kiedyś mi powiedziała, że jej nikt nigdy nie widział gołej, nawet mąż, a ja, śmiejąc się, zażartowałam, że może nie było co pokazywać (wulgarna idiotka).
Dziecko
Moją córkę ubierała tak, że wstydziłam się ją odbierać z przedszkola.
Potem machnęłam ręką na niekonwencjonalne zestawy wzorków czy kolorów, a nawet szokujący zestaw "spódniczka i spodenki" jednocześnie, żeby było ciepło... Bo po pierwsze, nie chciałam Honoracie robić przykrości, a po drugie, dziecko rzeczywiście nigdy nie chorowało, nigdy nie było nawet lekko przeziębione. Jakie więc znaczenie miały wymowne spojrzenia innych matek i kiwanie nade mną głowami? Dopóki Marysia nie zorientowała się, że coś jest nie tak, nie interweniowałam.
Swoją drogą, chciałabym móc pokazać państwu choć raz moją córkę ubraną "ciepło i wygodnie" przez Honoratę, tego się nie da, niestety, opisać.
Telewizja
Dla niej okno, w dosłownym znaczeniu, na świat to była telewizja. Oglądała telewizję tylko ze mną, kiedy wracałam wieczorem, często dopiero po spektaklu. Nigdy nie kładła się spać przed moim powrotem. Zawsze czekała, żeby mi towarzyszyć, przynajmniej kilka minut, i gadała, gadała, gadała... Oglądanie telewizji wyglądało mniej więcej tak...
Jest godzina jedenasta wieczór, powiedzmy - ostatnie wiadomości.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
Za chwilę...
Ona:
Ja:
Ona:
Podają informacje, że przypłynęły do Polski owoce cytrusowe.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
I tak latami.
Pewnego dnia, zmęczona, w samotności chciałam obejrzeć swoją rolę w Teatrze Telewizji.
Honorata przyszła z okularami na czubku nosa, "Expressem" (którego nigdy nie zapominałam przywieźć) i herbatą dla mnie. Cały czas sylabizowała gazetę na głos, komentując każde odcyfrowane zdanie.
W końcu nie wytrzymałam:
Spojrzała na ekran i nagle mnie poznała. Zamarła. Pierwszy raz zmaterializowało się to, o czym mówiłam tyle razy. Byłam tam i siedziałam jednocześnie koło niej. Powoli spoglądała to na mnie, to na ekran. Słyszałam, jak sapie z wysiłku i jak pracuje jej mózg... I nagle... roześmiała się chytrze, jak ktoś, kto i tak jest górą, i poszła spać. Wolała nie rozumieć. A może to grzech?
Rano była na mnie obrażona.
Zwierzęta
Gady - jak je nazywała.
A rezultat był taki, że odkąd pamiętam, była ona i kot. Kot zawsze przy niej, tłusty, zadowolony z życia, wsuwający pysk do wszystkich garów, jak mówiła, przeganiany ścierką, ale w jakiś dziwny sposób przez Honoratę lubiany.
Kiedy Marysia skończyła cztery lata, uznałam, że dziecko lepiej się chowa z psem. Kupiłam młodego boksera, podrzuciłam go do domu i... zniknęłam "w odmętach sztuki".
Minął rok, starałam się pomagać, wychodziłam czasem z psem na spacer, jeździłam w wolnym czasie z dzieckiem i psem na całe dni do lasu, ale tego wolnego czasu miałam bardzo mało.
Pies tymczasem urósł, stał się silny i niebezpieczny. Honorata nie skarżyła się nigdy, a ja nie zastanawiałam się nad "drobiazgami".
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej, cieszyłam się, że odbiorę Marysię z przedszkola. Przed naszym kioskiem "Ruchu" zobaczyłam długą kolejkę, a moją panią Honoratę na miejscu sprzedawcy, uspokajającą ludzi, że ten pan zaraz wróci, jeszcze tylko minutkę, uśmiechniętą i strasznie "ważną". Po chwili ujrzałam kioskarza, który wracał ze spaceru z moim psem. Zamienili się z Honoratą miejscami, pan zaczął sprzedawać, popijając gorącą kawę, a Honorata, zaprzyjaźniona z całą kolejką, ruszyła z psem do domu.
Okazało się, że prawie siedemdziesięcioletnia staruszka nie mająca siły na spacery z silnym i nie wychowanym psem, który niemal ją przewracał, i tak sobie poradziła. Umowa z kioskarzem: szklanka kawy za spacer z psem - była dla obojga korzystna.
Ta historia pierwszy właściwie raz uświadomiła mi "wielkość" Honoraty, jej wspaniałomyślność i moją "małość", egoizm i wygodnictwo.
Teraz jeszcze widzę ją, huśtającą się spokojnie na bujanym fotelu i wałkującą kota nogą na podłodze (ulubiona pieszczota), kiedy zostawiłam ich oboje samych, nie wiadomo na jak długo, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego.
Gdy w rok później, pewnego dnia wieczorem, weszłam z dzieckiem do domu po podróży samochodem na trasie Paryż-Warszawa, bez przerwy, zastałam taki sam obrazek - niezmącony spokój, Honorata w fotelu, wałkująca nogą kota, z różańcem w ręku.
Zapytałam, dlaczego nie ogląda telewizji, dlaczego siedzi po ciemku. Odpowiedziała:
I jak gdyby nigdy nic, jakby nie było tego jej roku samotnego życia w stanie wojennym i naszej nieobecności, poszła nam zrobić herbatę...
Wychowanie dziecka
Honorata nie miała swoich dzieci. Pewnie wiele razy w życiu roniła je gdzieś podczas pracy w polu, ale nie wiedziała o tym. Opowiadała to tak:
Moje dziecko kochała jak własne, a ponadto Marysia była jej jedynym towarzystwem przez wszystkie te lata.
To Honorata wychowała moje dziecko. Inaczej być nie mogło. Początkowo byłam tym przerażona, a potem zrozumiałam, że to moje i Marysi szczęście. Wszystkie zaś podręczniki na temat psychologii dziecka, książki mówiące o wychowaniu i metodach postępowania z dziećmi, w obliczu jej metod nie miały żadnego znaczenia. Radość z tego, że się żyje, szczęście, które dają najprostsze rzeczy, prawdziwe, autentyczne dziękowanie Bogu za każde przebudzenie, za każdy zakończony dzień, każdą radość i smutek, nawet nieszczęście, miłość do ludzi i świata - oto filozofia, dzięki której wszystko nabiera harmonii. Honorata na dobranoc, sylabizując, czytała Marysi kronikę sądową z "Expressu". Opowiadała, jak w jej wsi ludzie umierali, rodzili się, chorowali i pobierali. Historie kolejnych klęsk żywiołowych, pożarów, powodzi, wichur, kołysały Marysię do snu. Opowieści o wschodach i zachodach słońca, wiośnie na wsi, pracy, świętach, postach i odpustach. A wszystko to gwarą, opowiadane pięknie, z miłością i tęsknotą.
Jajko sadzone albo zsiadłe mleko z kartoflami na kolację przez cały rok, wbrew zaleceniom pediatry, kluski, kluseczki, pierożki, omlety, nie wiem już co. Potem odchudzanie Marysi, przy akompaniamencie lamentów Honoraty nad biednym dzieckiem, co to je "stary Żyd" tak głodzi - jak mawiała nieodrodna córa polskiego ludu o lekarzu, który jednocześnie budził jej najwyższy respekt i podziw i tylko jemu pozwalała leczyć swój reumatyzm.
Moje awantury o to, że Marysia ma wszystko robić sama, że ma sobie sama zdejmować buty, żeby staruszka się nie schylała - po czym setki razy widziany obrazek, poprzedzony śpiewnym: "Maryś, Maryś, a zezujze buciki, córuś..." i Honorata na kolanach, zdejmująca buty pięcioletniemu dziecku.... Tak, moje dzikie o to awantury i porozumienie, konszachty ich obu przeciwko mnie! A wszystko przesycone miłością, dobrocią i cierpliwością Honoraty.
Nie ma takich książek na świecie, z których można by się tego nauczyć. Do dziś widzę Honoratę z "kościelnym" kalendarzem w ręku, uczącą Marysię, co kiedy zakwita, w dzień jakiego świętego, i Marysię uczącą Honoratę, jak się obsługuje pralkę, robot kuchenny czy inne urządzenie.
Rozwód
To Honorata o nim zadecydowała. Obserwowała, chodziła cicho, nie wtrącała się, aż pewnej nocy przyszła do mnie i powiedziała:
I tak się stało. Nie wiem, czy bez niej miałabym dość siły, by podjąć tę decyzję.
Nowy mąż
Pewnego dnia wieczorem siadła przy mnie.
Ja:
Ona:
Ja:
Ona:
Rozmowa dotyczyła mojego późniejszego drugiego męża.
Kościół
Honorata budowała wszystkie kościoły. Zmieniła ze mną siedem mieszkań, siedem parafii, każdy kościół budowała. Później, kiedy już prawie nie chodziła, zawoziłam ją samochodem do kolejnego budowanego kościoła i zostawiałam prawie na cały dzień latem, odbierałam po ostatniej mszy, to było całe jej szczęście.
Dziś Honorata jest w pensjonacie dla emerytowanych sióstr zakonnych i księży (co było zawsze jej marzeniem). Kiedy wysyłam Honoracie pieniądze, w miejscu na korespondencję zaznaczam na przekazie: to nie na kościół! To dla Pani! Ale i tak nie wierzę, że zatrzyma tę sumę dla siebie, więc dodaję paczkę z jej ulubionymi przysmakami.
Moi znajomi
Zawsze była u mnie bardzo samotna, dlatego każdy gość, listonosz, inkasent stanowił dla niej atrakcję i nie chciała go wypuścić z domu. Przez lata zaprzyjaźniła się z wieloma moimi znajomymi, a byli i tacy, którzy przyjeżdżali na rozmowę tylko do niej, podczas mojej nieobecności. Inni niebacznie wpadali w jej ręce i musieli zjeść pierożki, wypić herbatę i wysłuchać garści ponadczasowych, niewzruszonych prawd życiowych.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu jak zwykle zmęczona, zła, niechętna do rozmów, po jakimś niepowodzeniu.
Ona:
Ja (zła):
Ona:
Ja:
I poszłam sobie.
Przez kilka dni wracałam późno. Ona się nie odzywała, odpowiadała tylko na pytania. Nie zwróciłam na to uwagi. Przyszła niedziela. Budzę się. Dziewiąta rano, Honorata nie poszła do kościoła. O dziesiątej idę do niej do pokoju. Płacze.
Nie odzywa się.
Wreszcie wyznaje:
Tłumaczyłam, błagałam, przepraszałam. Nic nie pomagało. Od poniedziałku zaczęła post, co w jej wieku mogło być na dłuższą metę niebezpieczne. Bardzo ją to osłabiło.
Kolejnej niedzieli skapitulowałam, poszłam do kościoła, do księdza, wszystko mu opowiedziałam (na szczęście, trafiłam na rozsądnego) i poprosiłam o pomoc. Przyszedł po południu, a po godzinie Honorata poszła z nim do kościoła na wieczorną mszę. Po powrocie zjadła kolację.
Sztuka
Zastałam ją kiedyś oglądającą solo na perkusji jakiejś sławy światowego jazzu. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Po kilku minutach jego zmagań, a jej śmiechu i niedowierzania:
Żyłyśmy razem dwanaście lat. Dwanaście lat mojej pracy, kariery, premier, histerii, załamań, rozstań, nieobecności, egzaltacji, sukcesów, niepowodzeń, kontraktów zagranicznych, przyjęć, nagród, wywiadów, filmów.
Dwanaście lat jej nienaruszalnych zwyczajów, spokoju i zasad, niezależnie od tego wszystkiego.
Teoretycznie, moje życie i jej nie mogło przebiegać harmonijnie, a jednak udało się.
Dziś wiem, że dopóki Honorata żyje, nawet gdzieś tam daleko, mnie i mojej rodzinie nie stanie się nic złego, bo ona się za nas modli. Dopóki żyje, ja czuję się bezpieczna.
PS. Nie mogłam jej zabierać do teatru, bo kiedy wchodziłam na scenę, głośno się z tego cieszyła i oświadczała całej sali, że "należę do niej". Pytała siedzących obok ludzi, czy im się podobam, a na próby uciszania reagowała oburzeniem.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.04.23 11:52 SoleWanderer Narodowcy donoszą na prezesa do Wyborczej. Śmiertelny wróg prosi o pomoc: No szczerze, nie znosimy gnoja

Kawaler Krzyża Zasługi do żony: - Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy, inaczej będę cię traktował jak sukę – Jest pan moim śmiertelnym wrogiem – oświadczył męski głos w słuchawce. – A jednak do nikogo innego nie mogę się zwrócić o pomoc. Jestem narodowcem z Lublina. Mamy tu problem. Przewodzi tu nami paskudny człowiek. Znęca się nad rodziną, zarabia na weteranach, a sam kreuje się na wzór do naśladowania. Jest odznaczany przez państwo. Wielu z nas się to nie podoba. No, szczerze: nie znosimy gnoja. Ale bez pomocy się nie oczyścimy. Po naszej stronie nikt raczej tego nie opisze, nie chcą kalać gniazda. Ale ja już nie mogę patrzeć, czuję wściekłość, sumienie mi nie daje spokoju. Inaczej bym się do śmiertelnego wroga nie zwracał, czy pan to rozumie? On nazywa się Karol Wołek i jest prezesem Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Proszę mu się przyjrzeć. Na razie chyba nie powiem więcej.
Szczerze przyznam, aż mną telepie, że z panem rozmawiam.
Roman Kroczący Karierę prezesa Wołka można by zmieścić w październikach.
Październik 2007 roku. 24-letni działacz Młodzieży Wszechpolskiej lokuje się tylko dwie pozycje pod Romanem Giertychem na liście LPR w wyborach do Sejmu. Nie dostaje się.
Giertych dzisiaj: – Wołek? Co za Wołek? Jakaś płotka. A ja z tymi świrami nie mam już nic wspólnego.
Październik 2010 roku. Czytelnicy z Lublina skarżą się, że kioskarze wkładają do środka „Wyborczej” „Gońca Lubelskiego”, czyli miesięcznik lubelskiej Młodzieży Wszechpolskiej. Robi się afera. Kioskarze tłumaczą, że „przyszły jakieś studentki i tak właśnie poleciły im robić”. Naczelnym „Gońca” jest wtedy 27-letni Wołek.
Październik 2014. Dwie osoby próbują zagłosować przez internet na lubelski budżet obywatelski. System komputerowy wyświetla błąd – już oddali swój głos. Sprawę bada ratusz. Okazuje się, że głosy przynajmniej 20 osób w internetowym głosowaniu zostały oddane bez ich wiedzy i zgody. Wszystkie na trzy projekty. Pierwszy to postawienie pomnika Romana Dmowskiego w okolicach lubelskiego Zamku (miałby kosztować 499 tysięcy złotych). Drugi – Szlak Pamięci Żołnierzy Wyklętych, trzecim jest zorganizowanie Uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Wyklętych. Autorem wszystkich trzech jest 31-letni Karol Wołek.
„Dmowski mógłby zostać pokazany dynamicznie. Idąc, krocząc, obrazując dynamizm swej działalności i innowacyjności” – opisuje przyszły pomnik Wołek. W tym czasie jest nauczycielem historii i WOS-u w Gimnazjum nr 19 im. Józefa Czechowicza w Lublinie. Pnie się też po szczeblach Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, to organizacja kombatancka, zrzesza weteranów polskiego nacjonalistycznego podziemia z czasów II wojny. Powstała w 1990 roku. Ma oddziały w całej Polsce. Opiekuje się weteranami, organizuje rajdy, edukuje w duchu narodowym, wydaje publikacje o Wyklętych. Wołek jest tu najpierw skarbnikiem, a potem wiceprezesem.
Październik 2015. Umiera Zbigniew Kuciewicz. Kombatant, żołnierz NSZ-u, uczestnik powstania warszawskiego. I dotychczasowy prezes ZŻ NSZ. Na nowego prezesa kombatanckiego związku zostaje wybrany 35-letni Karol Wołek.
Tego października wybory wygrywa też Prawo i Sprawiedliwość.
Nowy prezes związku nie mógłby mieć większego szczęścia, otwierają się nowe możliwości. Wołek zgłasza się po dotacje, zapraszany jest na uroczystości, udziela wywiadów, przemawia. Najczęściej o tym samym: wychowywaniu młodego pokolenia, kształtowaniu młodzieży, wartościach, które należy jej przekazać, i wzorcach, które trzeba w sobie umacniać.
Październik 2017. Prezydent Andrzej Duda decyduje o przyznaniu Karolowi Wołkowi Srebrnego Krzyża Zasługi.
„Do lasu pana nie wywiozę” – Teczkę z papierami, z którymi powinien się pan zapoznać, zostawię do odbioru w sklepie spożywczym Pokusa w Lublinie. Miałem już nic nie mówić, ale nie zdzierżę – słyszę po kilku dniach ten sam męski głos w słuchawce.
Potem zmienia jednak zdanie.
– Chyba za duże ryzyko. Jeszcze mnie ktoś zobaczy, jak to zostawiam? Zróbmy inaczej. Proszę czekać na przystanku autobusowym o 16.45. Przyjadę autem – mówi. – I niech pan się nie martwi, do lasu przecież pana nie wywiozę – dodaje.
– Dopiero w tym momencie zacząłem się martwić – odpowiadam.
Przez chwilę słychać tylko szum.
– Co ja robię, no co ja, kurwa, robię? Z „Wyborczą”? – woła. I zaraz wzdycha. – Trudno. Są sprawy ważniejsze. Czołem! – rozłącza się.
Czekam w deszczu. Spóźnia się. Stare auto, trzeszczy w nitach, wyje.
– Ma pan całkiem sympatyczną twarz… – otwiera drzwi i przekrzykuje warkot silnika.
– Dziękuję…
– …jak na kogoś z „Wyborczej”! Dziwna sprawa, czuję do pana zaufanie, powiedziałbym, metafizyczne. Nawet moglibyśmy się zakumplować. Oczywiście gdybyśmy nie byli żołnierzami w przeciwnych okopach. Proszę – wręcza teczkę.
„...znęcał się psychicznie i fizycznie nad żoną. Wszczynał awantury, podczas których wyzywał ją słowami wulgarnymi, poniżał, szarpał, popychał, kopał po ciele, uderzał w twarz, w nocy nie dawał spać, ściągając kołdrę, i polewał zimną wodą, zabraniał kontaktu z rodziną...” – czytam.
To kserokopia aktu oskarżenia. Karola Wołka.
– Gnój. Widzi pan, jaki gnój? – auto pruje dalej przez miasto. – A to nie wszystko, to początek, zobaczy pan. Co zrobił ze Związkiem Żołnierzy NSZ? Prywatny folwark! Trzepie kasę na naszych weteranach, ciągnie na nich od państwa. A jak ostatnio jeden potrzebował pomocy, to się na niego wypiął. Ja to bym sprawdził te jego fundacyjki w KRS. Ależ, kurwa, jestem wściekły!
– To po co go wybraliście?
– Bo on nas oszukał. Nie wiedzieliśmy, zataił przed nami postępowanie. A potem powyrzucał ludzi, obstawił się kolegami. Niektórzy postraszyć potrafią, jak ten kafar z Poznania – „Globus”. Weteranów NSZ-u, starszych ludzi, którzy nigdy nie splamili honoru, nie szanuje. Któryś jest przeciwny, to wyzywa od komuchów i kabewiaków [Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – walczący z niepodległościowym podziemiem]. I kasę trzęsie, razem z matką.
– Z matką?
– Tak, bo on to wszystko robi razem z matką. Pan się przyjrzy. Więcej nie powiem.
– A dlaczego sami się nie przyjrzycie?
– Przyglądamy się, ale ręce mamy związane. Taki jest klimat, prezes dobrze dogaduje się, z kim trzeba. Nikt po naszej stronie tego nie opisze, na swojego nie doniesie. Tu się zatrzymam i pana wyrzucę, dobra?
– Może powie pan coś więcej?
– Nie mogę. Muszą być jakieś granice. Żebym wewnętrznie też czuł, że nie wszystko powiedziałem, jak kolaborant. Naprawdę mi z tym niedobrze. To nasze ostatnie spotkanie.
Dzikuś w zamrażalniku Lublin to narodowo-radykalna twierdza. Tu mieszka Marian Kowalski, były kandydat na prezydenta. Stąd pochodzi Artur Zawisza, jeden ze współtwórców Ruchu Narodowego.
Tu urodził się Mariusz Szczerski, wokalista zespołu Honor. Tu otworzył się pierwszy w Polsce nacjonalistyczny kebab – Prawdziwy Kebab u Prawdziwego Polaka. Tutaj rocznicę powstania świętuje też ONR.
Siedzibę ma Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych.
Chodzę po Lublinie, czytam akt oskarżenia, rozmawiam z ludźmi, którzy znają Wołka. Nikt nie zgadza się rozmawiać pod nazwiskiem.
– Ale dlaczego nie?
– Mowy nie ma. To mściwy człowiek. Odklejony całkiem. Całe jego zajęcie w życiu to sprzedawać ludziom wielkościowe bajki o sobie – słyszę od dawnego bliskiego znajomego.
– Co to znaczy? Kłamie?
– Ja bym tego nie nazwał kłamstwem. Ten stół jest brązowy, tak? A on się uprze, że czarny, uwierzy w to i będzie tego bronił. I nazwie idiotą każdego, kto zasugeruje co innego. A jak sobie coś wkręci, to jest nieobliczalny.
– W jaki sposób?
– Opowiem historię. Kilka lat temu wyjeżdżali z żoną do pracy na Wyspy i zwalniali mieszkanie. Ale mieli problem, co zrobić z królikiem, którego hodowali sobie od roku. Nazywał się, zdaje się, Dzikuś. Jego żona postanowiła oddać Dzikusia siostrze. Tylko że w nocy sprawą zajął się Karol.
Zasiekał go nożem myśliwskim, oskórował, a potem włożył do zamrażalnika. Tłumaczył, że chce zaoszczędzić siostrze kłopotu, a królik się przecież nie zmarnuje. Jego ojciec jest myśliwym i Karol też często nosi nóż myśliwski przy pasku. Ale, Chryste, ten królik miał imię.
Według aktu oskarżenia Wołek zaczyna się znęcać nad żoną po wyjeździe do Szkocji. Poznali się na studiach historycznych, ślub wzięli po obronie prac magisterskich i wyjechali.
Prezes Wołek jeździ tam na wózku widłowym. Złości się, że musi pracować fizycznie. Frustrację wyładowuje na żonie – najpierw popycha, krzyczy albo ignoruje. Gdy ona nie zgadza się z jego zdaniem lub gdy zachowuje się inaczej, niż on sobie życzy – karze ją. Na przykład brakiem snu. Przez całą noc – sam nie śpi, bo zarywa nocki na grach strategicznych – polewa ją zimną wodą.
Potem pojawiają się wyzwiska: idiotka, nierób, pasożyt.
Mówi: – Beze mnie nic nie znaczysz.
W Szkocji rodzi im się córka, ale teściowej, która chciałaby wnuczkę zobaczyć, zakazuje przyjeżdżać w odwiedziny. Żonie zabrania dzwonić do rodziców w jego obecności.
„Słuchaj mojej matki” Po powrocie do Polski kupują mieszkanie, którego współwłaścicielką ma być także matka Wołka.
Zbuntowany narodowiec z Lublina: – Są ze sobą bardzo zżyci. Na wyjazdach z weteranami do Holiszowa zawsze śpią razem w pokoju. W Polsce, w obecności matki, agresja narasta. „Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy. Inaczej będę cię traktował jak sukę” – oznajmia. Innym razem: „Mamusia jest chora psychicznie” (do córki), „A spierdalaj z tym dzieckiem”, „Pasożyty, jecie sobie na mieście, a mnie zostaje jakiś syf” (wyrzuca jedzenie dziecka do kosza).
„Patrz, mamo, zwierzęta mają przynajmniej instynkt. A ta?” – pyta matkę, pokazując swoją żonę palcem. Lubi taką zabawę: pstryka jej palcami po głowie tak długo, aż wyprowadzi z równowagi. Wrzeszczy, że nie uprasowała mu majtek.
Całą karierę Karola Wołka można by zmieścić w październikach i teraz też jest październik (26): on krzyczy i popycha, ona bierze córkę na ręce i próbuje uciec do innego pokoju. Wołek zagradza im drogę w korytarzu. Szarpie, uderza pięścią w twarz. Gdy ona się przewraca, kopie ją, leżącą na ziemi.
Ona ściska w tym czasie ich roczną córkę.
Obok, w kuchni, siedzi w milczeniu jego matka.
„Nie przesadzaj” – mówi, gdy słyszy płacz synowej.
Tego dnia żona decyduje się wyprowadzić do rodziców (on ma zdążyć jeszcze wypłacić z konta ich wspólne oszczędności, a także pieniądze z jej konta).
Obdukcja lekarska wykazuje ślady pobicia. Policjantka na komendzie nie chce jednak przyjąć zgłoszenia. Jedno przywalenie pięścią, proszę pani (macha ręką), jaka to przemoc, w każdej rodzinie się zdarza – od czasu do czasu. Zostaje przyjęte dopiero po interwencji prokuratora.
Sprawa za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad żoną (dziś już byłą) toczy się jednak przeciwko prezesowi Wołkowi od 2012 roku. W 2015 roku został już raz skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Wyrok został jednak uchylony, sąd wyższej instancji doszukał się uchybień formalnych. Sprawa ruszyła ponownie, prokuratura podtrzymuje zarzuty i toczy się do dzisiaj. – Pan Karol Wołek robi wszystko, co możliwe, by odwlec ogłoszenie wyroku – mówi Franciszek Piątkowski, pełnomocnik byłej żony prezesa Wołka.
To znaczy: zgłasza się z nowymi wnioskami dowodowymi, żąda powołania nowych biegłych.
Na kolejną rozprawę w sprawie znęcania się nad żoną Karol Wołek również przychodzi z matką. On spokojny, cichy, ale pewny siebie. Ona cicha, elegancka, chłodna.
Przed wejściem na salę dyskutują o „żołnierzach wyklętych”.
Sam, w euforii, przepytuje biegłego, a potem swoją matkę, wezwaną na świadka.
– Oglądałam telewizję z synem, gdy nagle synowa weszła do pokoju i kazała mi się wynosić z domu. Była agresywna – zeznaje matka.
Pełnomocnik poszkodowanej: – Ale czy to znaczy, że to pan bał się żony?
Cisza.
– Tak, bałem się – odpowiada Wołek, odwraca się w stronę publiczności i posyła jej szeroki uśmiech od ucha do ucha.
I tym razem rozprawa nie ma finału – oskarżony składa wniosek o przesłuchanie pracowników firmy, która sześć lat temu pomagała jego byłej żonie w przeprowadzce, czy pamiętają na jej twarzy siniaki.
Wzorce rodzinne „Czyny przodków dostarczają wzorców postępowań, na podstawie których każda wspólnota ludzka wychowuje kolejne pokolenia. W ten sposób następuje przekazanie wartości, wiary, kultury, wiedzy i tradycji między kolejnymi generacjami. Dla funkcjonowania państwa narodowego wychowywanie obywateli w jednym systemie wartości narodowych i obywatelskich jest warunkiem przetrwania (...). Celem naszego działania jest kształtowanie młodzieży, która jest białą kartą i nie jest »zarażona” sposobem myślenia okupanta komunistycznego. Czasem lubię powtarzać zdanie: »Wychowajmy dzieci komunistom«. (...) musimy być zorganizowani i połączeni wspólną tradycją państwową, która dostarcza jasnych i konkretnych wzorców zachowań patriotycznych i obywatelskich” – pisze Karol Wołek w artykule „Przywracanie pamięci narodowej” (kwartalnik „Myśl.pl”, nr 2/2017).
„Zarabiam 26 złotych brutto miesięcznie” – pisze też prezes Wołek w kolejnej sądowej sprawie, właśnie pozywa córkę o zmniejszenie alimentów z 400 do 100 złotych miesięcznie (dziś jest już siedmioletnia, sąd orzekł, że może się widywać z ojcem tylko w obecności matki).
Swoje 26-złotowe dochody dokumentuje PIT-em. Żali się, że ma kryzysową sytuację materialną, o wiele gorszą niż po rozwodzie.
„Wtedy – tłumaczy we wniosku – pracowałem w swoim zawodzie nauczyciela historii i wiedzy o społeczeństwie”. Tłumaczy, że stracił pracę, a szkoła jest na etapie likwidacji.
„W moim zawodzie jest obecnie bardzo trudno o znalezienie pracy ze względu na niż demograficzny. Placówki ze względu na reformę edukacji są likwidowane, a etaty ograniczane lub obcinane w taki sposób, żeby dotychczasowi nauczyciele dotrwali do emerytury, na ułamkach etatu”. „Żyję bardzo skromnie”.
Na Facebooku zamieszcza jednak zdjęcia za kierownicą całkiem nowej kii optima.
Dzwonię do Szkoły im. Czechowicza w Lublinie. – Pamiętam! Dobry nauczyciel, żeby wszyscy tacy byli. Dzieci go lubiły – mówi Beata Teter, wicedyrektorka szkoły.
– To dlaczego został zwolniony?
– Zwolniony? No skąd. Sam odszedł. Podobno miał bardzo dużo pracy w tej swojej fundacji.
Oprócz prezesowania Związkowi Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych Wołek kieruje dwiema fundacjami i jednym stowarzyszeniem.
Wszystkie trzy mają siedzibę w mieszkaniu jego matki. Skład zarządów fundacji jest skromny, ale stabilny – prezesem jest zawsze Karol Wołek, a wiceprezesem lub skarbnikiem jego matka Bożena.
Stronę internetową posiada jedynie Fundacja im. Kazimierza Wielkiego.
(„Nazwa nie jest przypadkowa, skrót FKW miał pasować do jego imienia i nazwiska” – tłumaczy zbuntowany narodowiec z Lublina).
Na stronie fundacja zachęca m.in. do przelewania 1 procentu z podatku, choć zgodnie z prawem nie może go pobierać (bo nie jest wpisana na listę organizacji pożytku publicznego). Trudno w pierwszej chwili zorientować się, że dane, które podaje fundacja, należą do innej organizacji Wołka – Stowarzyszenia im. Kazimierza Wielkiego (wpisane jako OPP).
Najmłodsza, Fundacja Amor Patriae, ma się z kolei zajmować krzewieniem wartości patriotycznych oraz handlem detalicznym.
Zakłada ją w maju 2016 roku. W prestiżowej lokalizacji Pałacu Parysów Wołek razem z Wojciechem Rowińskim (skarbnik ZŻ NSZ) prowadzą tu dzięki fundacji przez kilka miesięcy sklep z odzieżą patriotyczną.
– Pieniądze, które zarabiamy, wydajemy na pomoc kombatantom – zapowiada Wołek w lokalnej prasie niedługo po otwarciu. Jednak potem sklep się zwija. Szyld wisi do dziś, ale w środku pustki.
– Nie wynajmujemy już powierzchni Fundacji Amor Patriae – mówią mi w spółce Menora, która zarządza lokalami, związanej z Józefem Godlewskim, królem Herbapolu. Więcej nie chcą powiedzieć.
– Tak, prowadziłem tam z nim sklep. Z „Wyborczą” jednak nie rozmawiam – rozłącza się Rowiński. Fundacja Amor Patriae do tej pory nie złożyła sprawozdań finansowych w KRS i nie rozliczyła się z działalności.
Z Krajowego Rejestru Sądowego (oddział w Świdniku) wyciągam za to sprawozdania finansowe drugiej – Fundacji im. Kazimierza Wielkiego. Przychody dwuosobowej, rodzinnej fundacji, zarejestrowanej w prywatnym mieszkaniu matki, robią wrażenie.
W 2015 roku to 408 tysięcy złotych (316 tysięcy z darowizn, 90 tysięcy z dotacji). Zysk: 136 tysięcy. W roku 2016 – 358 tysięcy złotych przychodu i 185 tysięcy zysku. Fundacja zatrudnia tylko jedną osobę – matkę prezesa.
Wycieczka za 45 tysięcy Przykładowy program dnia: godzina 5.30 zaprawa, 6.15 kąpiel, 6.30 śniadanie, 7.45 apel i modlitwa NSZ. Od godziny 8 – postawy strzeleckie, ogień, manewry i wynoszenie z pola walki. Od 14 – noże i broń krótka. O 20 czyszczenie broni, 21.30 modlitwa NSZ. 21.45 – capstrzyk.
Na taki 10-dniowy obóz szkoleniowy dla młodzieży, organizowany w 2017 roku przez Związek Żołnierzy NSZ, Karol Wołek dostał z Ministerstwa Obrony Narodowej dotację 49 tysięcy złotych. To nie zaskoczenie, bo państwowe pieniądze płyną szeroko na wszystko, co ma związek z „żołnierzami wyklętymi”. Haczyk jest gdzie indziej.
– Więc to jest tak: w sprawie dotacji prezes idzie do urzędów jako prezes Związku Żołnierzy NSZ. To poważna, uznana w środowisku narodowym organizacja kombatancka, opiekuje się weteranami. Ale umowy na dotacje projektów podpisuje jednak na swoją prywatną fundację, którą prowadzi razem z matką. Związek, którego prezesurę wykorzystuje, nic z tego nie ma – opowiada bliski współpracownik Wołka.
– Człowiekowi honoru nie przystoi zarabiać na dwóch rzeczach – komentuje z kolei zbuntowany narodowiec z Lublina, kiedy zdzwaniamy się kolejnego wieczoru. – Na kurewstwie nie wolno zarabiać, tak uważam, i na patriotyzmie też. Kurde, a tu wszyscy już wiedzą, że się pan zajmuje tematem. Nerwowa atmosfera. I rozglądanie się, który to dał cynk.
– A myślałem, że macie dość prezesa.
– Jasne, ale tego, kto wam doniósł, nikt szanować nie będzie.
Przeglądam faktury, umowy, wnioski.
W ciągu dwóch lat rządów PiS tylko z Urzędu ds. Kombatantów na Fundację im. Kazimierza Wielkiego Wołek dostał ponad 100 tysięcy złotych (w 2015 – 55 tysięcy, w 2016 – 39 tysięcy, w 2017 – 33 tysiące). Tyle miały kosztować m.in. rajdy piesze dla młodzieży i szkolne konkursy literackie (to statutowe zadania Związku Żołnierzy NSZ, którego jest prezesem, tymczasem Związek dostaje równe zero). Ponad 500 tysięcy złotych dotuje fundację Wołka Ministerstwo Obrony Narodowej.
Na przykład – autokarowa wycieczka w 70. rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Holiszowie przez Brygadę Świętokrzyską NSZ (wystąpienie z pocztem sztandarowym, spotkanie z władzami, położenie wiązanek i zapalenie zniczy) ma kosztować 45 tysięcy złotych. Nocleg i wyżywienie było we własnym zakresie weteranów. Co kosztowało tak dużo?
„Wydrukowaliśmy 20 tysięcy kolorowych ulotek w języku czeskim i angielskim o wyzwoleniu obozu” – pisze Wołek w rozliczeniu dotacji z Urzędem ds. Kombatantów (choć w uroczystościach brało udział kilkudziesięciu weteranów, kilku przedstawicieli miejscowych władz).
10 tysięcy złotych Wołek liczy za „promocję za pośrednictwem relacji prasowych, zdjęciowych, filmowych z przebiegu uroczystości”.
20 tysięcy złotych to koszt reprezentacji, przemarszu, wyposażenia, umundurowania Grup Rekonstrukcji Historycznej NSZ i pocztów sztandarowych” (choć to wolontariusze).
Rok później po pieniądze na wyjazd do Holiszowa Wołek zgłasza się do ministra obrony narodowej. Tym razem koszt autokarowej wycieczki ma wynieść już 122 tysiące złotych (prosi o 109 600 dotacji).
Rajd Pieszy im. Wincentego Sowy ps. „Vis” (dla młodzieży, po lasach wokół Janowa Lubelskiego) ma kosztować prawie 30 tysięcy złotych (MON daje 19 tysięcy).
Fundacja dostaje też na wydawnictwa i konkursy (Ogólnopolski Konkurs o Żołnie-rzach Wyklętych, „Przesłanie informacji o konkursie do mediów” – koszt 10 tysięcy złotych). Wołek zgłasza się także do MON-u po 300 tysięcy złotych na film – tytuł: „Dzik z NSZ”.
Kapujesz już? – pyta bliski współpracownik Wołka. – To dlatego tak wkurzył ludzi w środowisku. Przemoc domowa i alimenty to jedno. Chodzi o to, że pieniądze przeznaczone na cały Związek Żołnierzy NSZ i jego cele, ze wszystkimi regionami, poszły sobie teraz bokiem prosto do Wołka.
Srebrny Krzyż samozasługi Na wręczenie Krzyża Zasługi (12 grudnia) prezes Wołek wkłada czerwony krawat w paski. Ze wzruszenia szklą mu się oczy. W imieniu prezydenta odznaczenie przypina mu wojewoda lubelski Przemysław Czarnek.
To sympatyk narodowców, desant PiS-u na urząd wojewódzki w Lublinie – wcześniej był prawnikiem w biurze poselskim posła PiS z Zamościa Sławomira Zawiślaka.
Gdy o odznaczenie pytam w Kancelarii Prezydenta, odpowiadają, że Srebrny Krzyż Zasługi dla Wołka to właśnie inicjatywa i pomysł wojewody Czarnka.
Wojewoda jednak zaprzecza. Tylko formalnie opiniował, że tak, owszem, prezes Wołek „wykazuje się znaczącym zaangażowaniem zarówno w pracy zawodowej, jak ofiarnej działalności publicznej”.
– Czyli kto go zgłosił do orderu?
„Inicjatorem uhonorowania Karola Wołka był poseł na Sejm RP prof. dr hab. Jacek Kurzępa, który skierował wystąpienie w tej sprawie do Kancelarii Prezydenta RP” – odpisuje wojewoda palcami rzecznika Radosława Brzózki.
Jacek Kurzępa to poseł PiS-u z lubuskiego. Dzwonię.
– Order dla kogo? Z Lublina? – pyta poseł. – Grzechu... – mówi do mnie, choć pierwszy raz w życiu z nim rozmawiam. –...To jakaś pomyłka. Nie znam w ogóle takiego człowieka.
– Nie prosił pan o jego odznaczenie?
– A w życiu. Grześku, przecież ja jestem z województwa lubuskiego, a nie lubelskiego. Więc ktoś tu się pomylił. Do widzenia – mówi.
Dzwonię kilka dni później, zaopatrzony w dowody.
– Przecież pisał pan: „Pragnę zaproponować do uhonorowania…” i tak dalej. „Każda z wymienionych osób przyłożyła zasługi dla państwa i obywateli spełniając czyny przekraczające zakres ich zwykłych obowiązków. Ponadto było to związanie z ich niezwykłą ofiarnością na forum publicznym. W oczekiwaniu na pozytywne rozstrzygnięcie”. I pański podpis.
– Grzechu, zgłupiałem, naprawdę. Musiałbym sprawdzić.
– Ależ Jacusiu – mówię, bo zirytowała mnie ta familiarność – Kancelaria sfałszowała podpis?
– Powiem szczerze. Czasem podpisuje się wnioski o odznaczenia, chociaż człowieka się nie zna. Nie sprawdzam, ufam kolegom.
– Ale Wołka to chyba pan zna? Wystąpił pan z nim podczas sejmowej konferencji dotyczącej „żołnierzy wyklętych”.
– Teraz sobie przypominam. Muszę to jeszcze sprawdzić.
Kilka dni i kolejny telefon później poseł w mailu pisze wyjaśnienia:
„W roku ubiegłym przygotowując się do obchodów Dnia Żołnierzy Niezłomnych i corocznym spotkaniu 1 marca w Sali Kolumnowej Sejmu, intencją naszą, grupy posłów (których ja reprezentowałem) jako główny organizator, powieliliśmy intencję podziękowania poprzez rekomendacje o odznaczenia państwowe grupy społeczników, ludzi dobrej woli (…). Wśród wielu podanych na liście zaproponowanej znalazł się Pan Karol Wołek”.
Poseł przyznaje, że „nie uwzględnił konieczności dokonania rozpoznania, czy jakieś kompromitujące fakty nie uchylają zasadności rekomendacji”.
W Lublinie mówi się za to, że Karol Wołek sam sobie ten krzyż załatwił:
– Jak to załatwił?
– Normalnie – tłumaczy mi zbuntowany narodowiec. – Zwrócił się do posłów, w imieniu całego związku, z prośbą o przyznanie krzyża zasłużonemu, czyli dla siebie. Wojewoda klepnął, no i jest. Ale słyszałem, że wojewoda poprosił ostatnio, żeby go na uroczystościach więcej z prezesem Wołkiem nie fotografować. Więc się chyba w końcu na prezesa wkurzył. U nas też się ruszyło. Kilka osób ze środowiska podobno pracuje nad listem protestacyjnym w sprawie prezesa. Będzie rozsyłany do kogo trzeba. Ale to potrwa. Na razie nie mogą dojść do porozumienia, co powinno się w takim liście znaleźć.
Doszli. Wysłali listy do MON-u, IPN-u i Urzędu ds. Kombatantów. Jeden jest o fundacji Wołka, która „podszywa się pod związek”, drugi o sprawie karnej i alimentacyjnej.
„(...) Utracił moralne prawo do reprezentowania środowiska żołnierzy i spadkobierców NSZ (...) nie jest godzien prezesury ZŻ NSZ (...) powinien złożyć urząd albo zostać odwołany (...) objęty infamią (...) zostać potraktowany tak, jak na to zasłużył”. Oświadczenie podpisali m.in. Artur Zawisza (były poseł) i Andrzej Turkowski (były dyrektor Agencji Filmowej TVP).
Prezes Karol Wołek odmówił rozmowy i odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.
Niektóre dane moich rozmówców ze względu na ich prośbę zostały zmienione
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23296034,narodowcy-donosza-na-prezesa-do-wyborczej-smiertelny-wrog.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.03.09 21:49 JakePerch Krzyżacy, rozdział I - dobra wersja

Rozdział I
W Tyńcu, kurwa, w gospodzie "Pod Lutym Turem", kurwa, należącej do opactwa, kurwa, siedziało kilku ludzi, kurwa, słuchając opowiadania wojaka bywalca, kurwa, który z dalekich stron przybywszy, kurwa, prawił im o przygodach, kurwa, jakich na wojnie i w czasie podróży doznał. Człek był brodaty, kurwa, w sile wieku, kurwa, pleczysty, kurwa, prawie ogromny, kurwa, ale wychudły; włosy nosił ujęte w pątlik, kurwa, czyli w siatkę naszywaną paciorkami; na sobie miał skórzany kubrak z pręgami wyciśniętymi przez pancerz, kurwa, na nim pas, kurwa, cały z miedzianych klamr; za pasem nóż w rogowej pochwie, kurwa, przy boku zaś krótki kord podróżny.
Tuż przy nim za stołem siedział młodzieńczyk o długich włosach i wesołym spojrzeniu, kurwa, widocznie jego towarzysz lub może giermek, kurwa, bo przybrany także po podróżnemu, kurwa, w taki sam powyciskany od zbroicy skórzany kubrak. Resztę towarzystwa stanowiło dwóch ziemian z okolic Krakowa i trzech mieszczan w czerwonych składanych czapkach, kurwa, których cienkie końce zwieszały się im z boku aż na łokcie.
Gospodarz Niemiec, kurwa, w płowym kapturze z kołnierzem wycinanym w zęby, kurwa, lał im z konwi sytne piwo do glinianych stągiewek i nasłuchiwał ciekawie przygód wojennych.
Jeszcze ciekawiej jednak słuchali mieszczanie. W owych czasach nienawiść, kurwa, jaka dzieliła za czasów Łokietkowych miasto od rycerskiego ziemiaństwa, kurwa, znacznie już była przygasła, kurwa, mieszczaństwo zaś nosiło głowy górniej niż w wiekach późniejszych.
Jeszcze ceniono ich gotowość ad concessionem pecuniarum; dlatego też nieraz zdarzało się widzieć w gospodach kupców pijących za pan brat ze szlachtą. Widziano ich nawet chętnie, kurwa, bo jako ludzie, kurwa, u których o gotowy grosz łatwiej, kurwa, płacili zwykle za herbowych.
Tak więc siedzieli teraz i rozmawiali, kurwa, mrugając od czasu do czasu na gospodarza, kurwa, aby napełniał stągiewki.
-- Toście, kurwa, szlachetny rycerzu, kurwa, zwiedzili kawał świata? -- rzekł jeden z kupców.
-- Niewielu z tych, kurwa, którzy teraz ze wszystkich stron ściągają do Krakowa, kurwa, widziało tyle -- odpowiedział przybyły rycerz.
-- A niemało Ich ściągnie -- mówił dalej mieszczanin. -- Wielkie gody i wielka szczęśliwość dla Królestwa! Prawią też, kurwa, i to pewna, kurwa, że król kazał całą łożnicę królowej złotogłowem szytym perłami wysłać i takiż baldachim nad nią uczynić. Zabawy będą i gonitwy w szrankach, kurwa, jakich świat dotąd nie widział.
-- Kumotrze Gamroth nie przerywajcie rycerzowi -- rzekł drugi kupiec.
-- Nie przerywam ja, kurwa, kmotrze Eyertreter, kurwa, tylko tak myślę, kurwa, że i on rad będzie wiedział, kurwa, co prawią, kurwa, bo pewnie sam do Krakowa jedzie. Nie wrócim i tak dziś do miasta, kurwa, gdyż bramy przedtem zamkną, kurwa, a w nocy gad, kurwa, który się w wiórach rodzi, kurwa, spać nie daje, kurwa, więc mamy czas na wszystko.
-- A wy na jedno słowo odpowiadacie dwadzieścia. Starzejecie się, kurwa, kmotrze Gamroth!
-- Ale sztukę wilgotnego sukna pod jedną pachą jeszcze dźwignę.
-- O wa! takiego, kurwa, co się przez nie świeci jak przez sito. Lecz dalszą sprzeczkę przerwał podróżny wojak, kurwa, który rzekł:
-- Pewnie, kurwa, że w Krakowie ostanę, kurwa, bom słyszał o gonitwach i rad w szrankach siły mojej popróbuję -- a i ten mój bratanek także, kurwa, który choć młody jest i gołowąs, kurwa, niejeden już pancerz widział na ziemi.
Goście spojrzeli na młodzieńca, kurwa, który uśmiechnął się wesoło i założywszy rękoma długie włosy za uszy, kurwa, podniósł następnie do ust naczynie z piwem.
Stary zaś rycerz dodał:
-- Wreszcie, kurwa, choćbyśmy chcieli wracać, kurwa, to nie mamy dokąd.
-- Jakże to? -- zapytał jeden ze szlachty. -- Skąd jesteście i jako was zowią?
-- Ja zowię się Maćko z Bogdańca, kurwa, a ten tu wyrostek, kurwa, syn mego rodzonego, kurwa, woła się Zbyszko. Herbu jesteśmy Tępa Podkowa, kurwa, a zawołania Grady!
-- Gdzieże jest wasz Bogdaniec?
-- Ba! lepiej pytajcie, kurwa, panie bracie, kurwa, gdzie był, kurwa, bo go już nie ma. Hej, kurwa, jeszcze za czasów wojny Grzymalitczyków z Nałęczami spalili nam do cna nasz Bogdaniec, kurwa, tak że jeno dom stary ostał, kurwa, a co było, kurwa, pobrali, kurwa, służebni zasie uciekli. Została goła ziemia, kurwa, bo i kmiecie, kurwa, co byli w sąsiedztwie, kurwa, poszli dalej w puszczę. Odbudowaliśmy z bratem, kurwa, ojcem tego oto wyrostka, kurwa, ale następnego roku woda nam pobrała. Potem brat umarł, kurwa, a jak umarł, kurwa, ostałem sam z sierotą. Myślałem tedy: nie usiedzę! A prawili pod on czas o wojnie i o tym, kurwa, że Jaśko z Oleśnicy, kurwa, którego król Władysław po Mikołaju z Moskorzowa do Wilna wysłał, kurwa, szuka skrzętnie w Polsce rycerzy. Znając ja więc godnego opata i krewniaka naszego, kurwa, Janka z Tulczy, kurwa, zastawiłem mu ziemię, kurwa, a za pieniądze kupiłem zbroiczkę, kurwa, konie -- opatrzyłem się jako zwykle na wojenną wyprawę; chłopca, kurwa, co mu było dwanaście lat, kurwa, wsadziłem na podjezdka i haj! do Jaśka z Oleśnicy.
-- Z wyrostkiem?
-- Nie był ci on wówczas nawet wyrostkiem, kurwa, ale krzepkie to było od małego. Bywało, kurwa, w dwunastym roku oprze kuszę o ziemię, kurwa, przyciśnie brzuchem i tak korbą zakręci, kurwa, że i żaden z Angielczyków, kurwa, którycheśmy pod Wilnem widzieli, kurwa, lepiej nie naciągnie.
-- Takiż był mocny?
-- Hełm za mną nosił, kurwa, a jak mu przeszło trzynaście zim, kurwa, to i pawęż.
-- Już to wojny wam tam nie brakło.
-- Za przyczyną Witoldową. Siedziało książę u Krzyżaków i co roku wyprawy na Litwę pod Wilno czynili. Szedł z nimi różny naród: Niemcy, kurwa, Francuzy, kurwa, Angielczykowie do łuków najprzedniejsi, kurwa, Czechy, kurwa, Szwajcary i Burgundy. Lasy przesiekli, kurwa, zamki po drodze stawiali i w końcu okrutnie Litwę ogniem i mieczem pognębili, kurwa, tak, kurwa, że cały naród, kurwa, który tę ziemię zamieszkuje, kurwa, chciał już ją porzucić i szukać innej, kurwa, choćby na kraju świata, kurwa, choćby między dziećmi Beliala, kurwa, byle od Niemców daleko.
-- Słychać było i tu, kurwa, że wszyscy Litwini chcieli pójść z dziećmi i żonami precz, kurwa, aleśmy temu nie wierzyli.
-- A ja na to patrzył. Hej! Gdyby nie Mikołaj z Moskorzowa, kurwa, nie Jaśko z Oleśnicy, kurwa, a nie chwalący się, kurwa, gdyby i nie my, kurwa, nie byłoby już Wilna.
-- Wiemy. Zamkuście nie dali.
-- A nie daliśmy. Pilno tedy zważcie, kurwa, co wam powiem, kurwa, bom człek służały i wojny świadom. Starzy jeszcze mawiali: "zajadła Litwa" -- i prawda! Dobrze się oni potykają, kurwa, ale z rycerstwem nie im się w polu mierzyć. Gdy konie Niemcom w bagnach polgną albo gdy gęsty las -- to co innego.
-- Niemcy dobrzy rycerze! -- zawołali mieszczanie.
-- Murem oni chłop przy chłopie w żelaznych zbrojach stają tak okryci, kurwa, że ledwie psubratu oczy przez kratę widać. I ławą idą. Uderzy, kurwa, bywało, kurwa, Litwa i rozsypie się jako piasek, kurwa, a nie rozsypie się, kurwa, to ją mostem położą i roztratują. Nie sami też między nimi Niemcy, kurwa, bo co jest narodów na świecie, kurwa, to u Krzyżaków służy. A chrobre są! Nieraz pochyli się rycerz, kurwa, kopię przed się wyciągnie i sam jeden, kurwa, jeszcze przed bitwą, kurwa, w całe wojsko bije jako jastrząb w stado.
-- Christ! -- zawołał Gamroth -- którzy też z nich najlepsi?
-- Jak do czego. Do kuszy najlepszy Angielczyk, kurwa, któren pancerz na wylot strzałą przedzieje, kurwa, a gołębia na sto kroków utrafi. Czechowie okrutnie toporami sieką. Do dwuręcznego brzeszczota nie masz nad Niemca. Szwajcar rad żelaznym cepem hełmy tłucze, kurwa, ale najwięksi rycerze są ci, kurwa, którzy z francuskiej ziemi pochodzą.
Taki będzie ci się bił z konia i piechotą, kurwa, a przy tym będzie ci okrutnie waleczne słowa gadał, kurwa, których wszelako nie wyrozumiesz, kurwa, bo to jest mowa taka, kurwa, jakoby ś cynowe misy potrząsał, kurwa, chociaż naród jest pobożny. Przymawiali nam przez Niemców, kurwa, że pogan i Saracenów przeciw Krzyżowi bronimy, kurwa, i obowiązywali się dowieść tego rycerskim pojedynkiem. Ma się też takowy sąd boży odbyć między czterema ich i czterema naszymi rycerzami, kurwa, a zrok naznaczon jest na dworze u Wacława, kurwa, króla rzymskiego i czeskiego.
Tu większa jeszcze ciekawość ogarnęła ziemian i kupców, kurwa, tak że aż powyciągali szyje ponad kuflami w stronę Maćka z Bogdańca, kurwa, i nuż pytać:
-- A z naszych którzy są? Mówcie żywo!
Maćko zaś podniósł naczynie do ust, kurwa, napił się i odrzekł:
-- Ej, kurwa, nie bójcie się o nich. Jest Jan z Włoszczowy, kurwa, kasztelan dobrzyński, kurwa, jest Mikołaj z Waszmuntowa, kurwa, jest Jaśko ze Zdakowa i Jarosz z Czechowa: wszystko rycerze na schwał i chłopy morowe. Pójdą--li na kopie, kurwa, na miecze albo na topory -- nie nowina im. Będą miały oczy ludzkie na co patrzeć i uszy czego słuchać -- bo, kurwa, jako rzekłem, kurwa, Francuzowi gardziel nogą przyciśniesz, kurwa, a on ci jeszcze rycerskie słowo prawi. Tak mi też dopomóż Bóg i Święty Krzyż, kurwa, jako tamci przegadają, kurwa, a nasi pobiją.
-- Będzie sława, kurwa, byle Bóg pobłogosławił -- rzekł jeden ze szlachty.
-- I święty Stanisław! -- dodał drugi.
Po czym, kurwa, zwróciwszy się do Maćka, kurwa, jął rozpytywać dalej:
--Nuże, kurwa, powiadajcie! Sławiliście Niemców i innych rycerzy, kurwa, że chrobre są i że łatwo Litwę łamali. A z wami nie ciężej że im było? Zali równie ochotnie na was szli? Jakże Bóg darzył? Sławcie naszych!
Lecz Maćko z Bogdańca nie był widocznie samochwał, kurwa, bo odrzekł skromnie:
-- Którzy świeżo z dalekich krajów przyszli, kurwa, ochotnie na nas uderzali, kurwa, ale popróbowawszy raz i drugi, kurwa, już nie z takim sercem.
-- Bo jest nasz naród zatwardziały, kurwa, którą to zatwardziałość często nam wymawiali: "Gardzicie śmiercią, kurwa, prawią, kurwa, ale Saracenów wspomagacie, kurwa, przez co potępieni będziecie!" A w nas zawziętość jeszcze rosła, kurwa, gdyż nieprawda jest! Oboje królestwo Litwę ochrzcili i każden tam Chrystusa Pana wyznawa, kurwa, chociaż nie każden umie. Wiadomo też, kurwa, że i nasz Pan Miłościwy, kurwa, gdy diabła w katedrze w Płocku na ziem zrzucono, kurwa, kazał mu ogarek postawić -- i dopiero księża musieli mu gadać, kurwa, że tego się czynić nie godzi. A cóż pospolity człowiek! Niejeden też sobie mówi: "Kazał się kniaź ochrzcić, kurwa, tom się ochrzcił, kurwa, kazał Chrystu czołem bić, kurwa, to biję, kurwa, ale po co mam starym pogańskim diabłom okruszyny twaroga żałować albo im pieczonej rzepy nie rzucić, kurwa, albo piany z piwa nie ulać. Nie uczynię tego, kurwa, to mi konie padną albo krowy sparszeją, kurwa, albo mleko od nich krwią zajdzie -- albo w żniwach będzie przeszkoda". I wielu też tak czyni, kurwa, przez co się w podejrzenie podają. Ale oni to robią z niewiadomości i z bojaźni diabłów. Było onym diabłom drzewiej dobrze. Mieli swoje gaje, kurwa, wielkie numy i konie dojazdy i dziesięcinę brali. A ninie gaje wycięte, kurwa, jeść nie ma co -- dzwony po miastach biją, kurwa, więc się to paskudztwo w najgęstsze bory pozaszywało i tam z tęskności wyje. Pójdzie Litwin do lasu, kurwa, to go w chojniakach jeden i drugi za kożuch pociągnie -- i mówi:
"Daj!" Niektórzy też dają, kurwa, ale są i śmiałe chłopy, kurwa, co nie chcą nic dać albo ich jeszcze łapią. Nasypał jeden prażonego grochu do wołowej mechery, kurwa, to mu trzynastu diabłów zaraz wlazło. A on zatknął ich jarzębowym kołkiem i księżom franciszkanom na przedaż do Wilna przyniósł, kurwa, którzy dali mu z chęcią dwadzieścia skojców, kurwa, aby nieprzyjaciół imienia Chrystusowego zgładzić. Sam tę mecherę widziałem, kurwa, od której sprośny smród z daleka w nozdrzach człowiekowi wiercił -- bo tak to one bezecne duchy strach swój przed święconą wodą okazywały...
-- A kto rachował, kurwa, że ich było trzynastu? -- spytał roztropnie kupiec Gamroth.
-- Litwin rachował, kurwa, który widział, kurwa, jak leźli. Widać było, kurwa, że są, kurwa, bo to z samego smrodu można było wymiarkować, kurwa, a kołka wolał nikt nie odtykać.
-- Dziwy też to. dziwy! -- zawołał jeden ze szlachty.
-- Napatrzyłem ja się wielkich dziwów niemało, kurwa, gdyż -- nie można rzec: naród to jest dobry, kurwa, ale wszystko u nich osobliwe. Kudłaci są i ledwie który kniaź włosy trefi; pieczoną rzepą żyją, kurwa, nad wszelkie jadło ją przekładając, kurwa, bo mówią, kurwa, że męstwo od niej rośnie. W numach swych razem z dobytkiem i wężami żyją; w piciu i jedle nie znają pomiarkowania. Za nic zamężne niewiasty mają, kurwa, ale panny bardzo szanują i moc wielką im przyznają: że byle dziewka natarła człeku suszonym jaferem żywot, kurwa, to kolki od tego przechodzą.
-- Nie żal i kolek dostać, kurwa, jeśli niewiasty cudne! -- zawołał kum Eyertreter.
-- O to zapytajcie Zbyszka -- odrzekł Maćko z Bogdańca. Zbyszko zaś roześmiał się, kurwa, aż ława pod nim poczęła drgać.
-- Bywają cudne! -- rzekł -- alboż Ryngałła nie była cudna?
-- Cóże to za Ryngałła? pochutnica jakowaś czy co? Żywo!
-- Jakże to? Nie słyszeliście o Ryngalle? -- pytał Maćko
-- Nie słyszeliśmy ni słowa.
-- To przecie siostra księcia Witoldowa, kurwa, a żona Henryka, kurwa, księcia mazowieckiego.
-- Nie powiadajcie! Jakiego księcia Henryka? Było jedno książę mazowieckie tego imienia elektem płockim, kurwa, ale zmarło.
-- Ten ci sam był. Miały mu przyjść z Rzymu dyspensy; ale śmierć dała mu pierwej dyspensę, kurwa, gdyż widocznie niezbyt postępkiem swoim Boga ucieszył. Byłem wtedy posłany z pismem od Jaśka z Oleśnicy do księcia Witolda, kurwa, kiedy od króla przyjechał do Ryterswerder książę Henryk, kurwa, elekt płocki. Już się była Witoldowi wojna wtedy uprzykrzyła, kurwa, dlatego właśnie że Wilna nie mógł dobyć, kurwa, a królowi naszemu uprzykrzyli się rodzeni bracia i ich rozpusta. Widząc tedy król większą u Witolda niż u swych rodzonych obrotność i większy rozum, kurwa, posłał do mego biskupa z namową, kurwa, by Krzyżaków porzucił i do posłuszeństwa się nakłonił, kurwa, za co mu rządy Litwy miały być oddane. A Witold, kurwa, chciwy zawsze odmiany, kurwa, mile poselstwa wysłuchał. Były też i uczty, kurwa, i gonitwy. Rad elekt konia dosiadał, kurwa, choć inni biskupi tego nie chwalą, kurwa, i w szrankach siłę swą rycerską okazywał. A mocami są z rodu wszyscy książęta mazowieccy -- jako jest wiadomo, kurwa, że nawet i dzieweczki z tej krwie łacnie podkowy łamią. Raz przeto zbił książę z siodeł trzech rycerzy, kurwa, drugi raz pięciu -- a z naszych mnie zwalił, kurwa, i pod Zbyszkiem koń przy natarciu na zadzie siadł. Nagrody zaś brat wszystkie z rąk cudnej Ryngałły, kurwa, przed którą w pełnej zbroi klękał. I rozmiłowali się tak w sobie, kurwa, że na ucztach ciągnęli go od niej za rękawy clerici, kurwa, którzy z nim przyjechali, kurwa, a ją brat Witold hamował. Dopieroż książę mówił: "Sam sobie dyspensę dam, kurwa, a papież mi ją, kurwa, jeśli nie rzymski, kurwa, to awinioński potwierdzi, kurwa, a ślub zaraz ma być, kurwa, bo zgorzeję!" Wielka była obraza boska, kurwa, ale nie chciał się Witold przeciwiać, kurwa, by posła królewskiego nie zlisić -- i ślub był. Potem dojechali do Suraża, kurwa, a potem do Słucka, kurwa, z wielkim żalem tego oto Zbyszka, kurwa, który sobie, kurwa, niemieckim obyczajem, kurwa, księżnę Ryngałłę za panią serca obrał i dozgonną wierność jej ślubował...
-- Ba! -- przerwał nagle Zbyszko -- prawda jest! Ale potem ludzie mówili, kurwa, że księżna Ryngałła, kurwa, pomiarkowawszy, kurwa, że nie przystoi jej być za elektem (bo ów, kurwa, choć się ożenił, kurwa, godności swej duchownej się wyrzec nie chciał) i że nie może być nad takim stadłem błogosławieństwa boskiego, kurwa, otruła męża. Co ja usłyszawszy, kurwa, prosiłem jednego świątobliwego pustelnika pod Lublinem, kurwa, by mnie od tego ślubowania rozwiązał.
-- Był ci on pustelnikiem -- odparł, kurwa, śmiejąc się, kurwa, Maćko -- ale czy był świątobliwy, kurwa, nie wiem, kurwa, bośmy go w piątek w boru zajechali, kurwa, a on kości niedźwiedzie toporem łupał i śpik wysysał, kurwa, aż mu gardziel grała.
-- Ale mówił, kurwa, że śpik to nie mięso, kurwa, a oprócz tego, kurwa, że uprosił sobie na to pozwoleństwo, kurwa, gdyż po śpiku widzenia cudowne we śnie miewa i nazajutrz prorokować może do południa.
-- No! no! -- odrzekł Maćko. -- A cudna Ryngałła wdowa jest i może cię na służbę wezwać.
-- Po próżnicy by wzywała, kurwa, boja sobie inną panią obiorę, kurwa, której do śmierci będę służył, kurwa, a potem i żonę znajdę.
-- Pierwej znajdź rycerski pas.
--O wa! albo to nie będzie gonitew po połogu królowej? A przedtem albo potem król będzie niejednego pasował. Stanę ja każdemu. Książę nie byłby mnie także obalił, kurwa, żeby mi koń na zadzie nie siadł.
-- Będą tu lepsi od ciebie.
Na to ziemianie spod Krakowa poczęli wołać:
-- Na miły Bóg! toż tu przed królową wystąpią nie tacy jak ty, kurwa, ale rycerze w świecie najsławniejsi. Będzie gonił Zawisza z Garbowa i Farurej, kurwa, i Dobko z Oleśnicy, kurwa, i taki Powała z Taczewa, kurwa, i taki Paszko Złodziej z Biskupic, kurwa, i taki Jaśko Naszan, kurwa, i Abdank z Góry, kurwa, i Andrzej z Brochocic, kurwa, i Krystyn z Ostrowa, kurwa, i Jakub z Kobylan!... Gdzie ci się z nimi mierzyć, kurwa, z którymi ni tu, kurwa, ni na dworze czeskim, kurwa, ni na węgierskim nikt mierzyć się nie może. Cóż to prawisz; lepszyś od nich? Ile ci roków?
-- Ośmnasty -- odpowiedział Zbyszko.
-- Tedy cię każdy między knykciami zgniecie.
-- Obaczym. Lecz Maćko rzekł:
-- Słyszałem, kurwa, że król hojnie nagradza rycerzy, kurwa, którzy z wojny litewskiej wracają. Mówcie, kurwa, którzy stąd jesteście: prawda-li to?
-- Dalibóg, kurwa, prawda! -- odrzekł jeden ze szlachty. -- Wiadoma po świecie hojność królewska, kurwa, jeno się teraz docisnąć do niego nie będzie łatwo, kurwa, gdyż w Krakowie aż się roi od gości, kurwa, którzy się na połóg królowej i na chrzciny zjeżdżają, kurwa, chcąc przez to panu naszemu cześć albo hołd oddać. Ma być król węgierski, kurwa, będzie, kurwa, jako powiadają, kurwa, i cesarz rzymski, kurwa, i różnych książąt a komesów, kurwa, i rycerzy jako maku, kurwa, że to każdy się spodziewa, kurwa, iż z próżnymi rękoma nie odejdzie. Prawili nawet, kurwa, iże sam papież Bonifacy zjedzie, kurwa, któren także łaski i pomocy naszego pana przeciw swemu nieprzyjacielowi z Awinionu potrzebuje. Owóż w takim natłoku niełatwo będzie o dostęp, kurwa, ale byle dostęp znaleźć, kurwa, a pana pod nogi podjąć -- to już zasłużonego hojnie opatrzy.
-- To go i podejmę, kurwa, bom się wysłużył, kurwa, a jeżeli wojna będzie, kurwa, to jeszcze pójdę. Wzięło się tam coś łupem, kurwa, a coś od księcia Witolda w nagrodę, kurwa, i biedy nie ma, kurwa, tylko że już mi wieczorne lata nadchodzą, kurwa, a na starość, kurwa, gdy siła z kości wyjdzie, kurwa, rad by człek miał kąt spokojny.
-- Mile król widział tych, kurwa, którzy z Litwy pod Jaśkiem z Oleśnicy wrócili -- i wszyscy oni tłusto teraz jadają.
-- Widzicie! A jam wtedy jeszcze nie wrócił -- i dalej wojowałem. Bo trzeba wam wiedzieć, kurwa, że się ta zgoda między królem a kniaziem Witoldem na Niemcach skrupiła. Kniaź chytrze zakładników pościągał, kurwa, a potem, kurwa, hajże na Niemców! Zamki poburzył, kurwa, popalił, kurwa, rycerzy pobił, kurwa, siła ludu wyścinał. Chcieli się Niemcy mścić razem ze Świdrygiełłą, kurwa, który do nich uciekł. Była znów wielka wyprawa. Sam mistrz Kondrat na nią poszedł z mnogim ludem. Wilno obiegli, kurwa, próbowali z wież okrutnych zamki burzyć, kurwa, próbowali zdradą ich dostać -- nic nie wskórali! A za powrotem tylu ich legło, kurwa, że i połowa nie wyszła. Wychodziliśmy jeszcze w pole przeciw Ulrykowi z Jungingen, kurwa, bratu mistrzowemu, kurwa, który jest wójtem sambijskim. Ale się wójt kniazia przeląkł i z płaczem uciekł, kurwa, od której to ucieczki jest spokój -- i miasto na nowo się buduje. Jeden też święty zakonnik, kurwa, który po rozpalonym żelezie boso mógł chodzić, kurwa, prorokował, kurwa, że od tej pory, kurwa, póki świat światem, kurwa, Wilno zbrojnego Niemca pod murami nie obaczy. Ale jeśli tak będzie, kurwa, to czyjeż to ręce uczyniły?
To rzekłszy, kurwa, Maćko z Bogdańca wyciągnął przed się dłonie -- szerokie i nadmiar potężne -- inni zaś poczęli kiwać głowami i przyświadczać:
-- Tak! tak! praw w tym, kurwa, co powiada! Tak!
Lecz dalszą rozmowę przerwał gwar dochodzący przez okna, kurwa, z których błony były powyjmowane, kurwa, albowiem noc zapadła ciepła i pogodna. Z dala słychać było brzękania, kurwa, ludzkie głosy, kurwa, parskania koni i śpiewy. Zdziwili się obecni, kurwa, albowiem godzina była późna i księżyc wysoko już wybił się na niebo. Gospodarz, kurwa, Niemiec, kurwa, wybiegł na podwórzec gospody, kurwa, lecz nim goście zdołali wychylić do dna ostatnie kufle, kurwa, wrócił jeszcze pośpiesznie), kurwa, wołając:
-- Dwór jakowyś wali!
W chwilę zaś później we drzwiach zjawił się pachołek w błękitnym kubraku i składanej czerwonej czapce na głowie. Stanął, kurwa, spojrzał po obecnych i ujrzawszy gospodarza, kurwa, rzekł:
-- Wytrzeć tam stoły i światła naniecić: księżna Anna Danuta na odpoczynek się tu zatrzyma.
To rzekłszy, kurwa, zawrócił. W gospodzie uczynił się ruch: gospodarz począł wołać na czeladź, kurwa, a goście spoglądali ze zdumieniem jeden na drugiego.
-- Księżna Anna Danuta -- mówił jeden z mieszczan -- toć to Kiejstutówna, kurwa, żona Janusza Mazowieckiego. Ona już od dwóch niedziel w Krakowie, kurwa, jeno że wyjeżdżała do Zatora, kurwa, do księcia Wacława w odwiedziny, kurwa, a ninie pewno wraca.
-- Kmotrze Gamroth -- rzekł drugi mieszczanin -- pójdźmy na siano do stodółki; za wysoka to dla nas kompania.
-- Że nocą jadą, kurwa, to mi nie dziwno -- ozwał się Maćko -- bo w dzień upał, kurwa, ale czemu, kurwa, mając pod bokiem klasztor, kurwa, do gospody zajeżdżają?
Tu zwrócił się do Zbyszka:
-- Rodzona siostra cudnej Ryngałły, kurwa, rozumiesz? A Zbyszko odrzekł:
-- I mazowieckich panien siła musi z nią być, kurwa, hej!
submitted by JakePerch to Polska [link] [comments]


2016.08.10 12:21 ben13022 Cappuccino z królem kairskich śmieciarzy. O biznesie, który daje 50 tys. zł miesięcznie.

To tutaj najgorsza profesja, zabbalini traktowani są trochę jak trędowaci w Indiach - omijani, pogardzani, niedotykalni. Ale nikt tego oficjalnie nie powie, po prostu żyją obok, są powietrzem, brudnym powietrzem.
Nie ma w Egipcie żadnych pojemników na recycling, to znaczy są, w turystycznych resortach przy drogich hotelach, ale i tam właściwie tylko na pokaz. Nikt ich nie traktuje poważnie.
W Aleksandrii stały kiedyś pojemniki na śmieci na nadmorskim bulwarze i w kilku parkach, ale wszystkie ukradziono. Od mniej więcej roku znowu są, na początku zamontował je na własny koszt McDonald's, później miasto dodało jeszcze trochę. Powoli znikają. Kradną biedacy, na metal, do skupów.
Touma ma wietnamski motorower z platformą. Na platformie dwa-trzy ogromne wory z przebranymi śmieciami, przede wszystkim plastikiem, papierem i potwornie cuchnącymi organicznymi resztkami. Wypatrujemy go z balkonu mniej więcej co tydzień, kiedy nazbiera się u nas pokaźna kolekcja plastikowych baniaków i butelek po wodzie mineralnej, gazet, opakowań i kartonów od żwirku dla kotów.
Touma zajeżdża na naszą uliczkę około południa, czasem sam, czasami z kolegą, odstawia pojazd i rusza na wielogodzinną penetrację okolicznych śmietników. Worki na platformie zostawia otwarte, schodzimy więc i wrzucamy do nich nasz cotygodniowy zbiór.
Przez kilka lat, wrzucając recykling do worów, tylko kiwaliśmy głową Toumie i jego koledze na powitanie, on podnosił dłoń i mruczał: szokran - dziękuję. Pewnego razu jednak Touma zwrócił się do mnie całkiem poprawną angielszczyzną, pytając o narodowość. Angielszczyzna egipskiego zbieracza śmieci natychmiast zapaliła u mnie lampkę w głowie: coś tu jest nie tak. Analfabetyzm w Egipcie sięga 30 proc., a wśród klasy robotniczej dużo więcej.
Piątek w krajach arabskich jest dniem wolnym, knajpy pełne są ludzi, a ulice pełne śmieci. Zaproponowałem mu, że przejdę się razem z nim. Wiedziałem, że się zaśmieje.
Trafił. Chałaga znaczy biały cudzoziemiec. Ironicznie, trochę jak w Polsce "Pepiczek". Gasus to szpieg. W Egipcie panuje obsesja szpiegów. Cudzoziemiec towarzyszący śmieciarzowi w pracy musi być szpiegiem albo dziennikarzem, a to bardzo blisko szpiega.
Jak zostaniesz śmieciarzem, to na całe życie
W niedzielę siedziałem na balkonie od rana, wiedząc, że "ta sama pora" w Egipcie nic nie znaczy, tutaj czas nie płynie liniowo jak na Zachodzie. Tutaj czas jest sługą człowieka. Wypatrywałem czerwonego pojazdu z workami, ale nie nadjeżdżał. Nagle zauważyłem jakiegoś faceta w dżinsach i jasnej marynarce machającego do mnie z miejsca, gdzie zazwyczaj parkował Touma.
Bo to był właśnie on. Wziąłem dyktafon i zszedłem na dół.
Nie poznałbym go nigdy na ulicy. Ogolony, pachnący, wąskie dżinsy, sportowa marynarka, T-shirt, wszystko uprasowane. Na Boga, na nogach miał wyglansowane brązowe drogie półbuty! W Aleksandrii wyglansowane drogie buty mają tylko basze - bogaci faceci.
Śmieciarze jak Touma nie pracują na etacie, ani państwowym, ani prywatnym. Działają sami. Według różnych wyliczeń dzięki ich pracy z aleksandryjskich i kairskich ulic znika od 70 do 90 procent wszystkich śmieci.
Przeżyłem kilka lat temu dwa kilkudniowe strajki zabbalinów i państwowej służby oczyszczania miasta. W środku lata, kiedy temperatura sięga 40 stopni. Był to koszmar gorszy niż rewolucja.
Bawwab to dozorca. Ale nie taki jak w Polsce. W Egipcie bawwab to człowiek instytucja. Pełni także funkcję strażnika, kuriera na posyłki, robotnika i opiekuna do dzieci.
Jestem rais zabbalin, czyli szef
Chwilę potem siedliśmy w nadmorskiej drogiej włoskiej kawiarni. Touma mnie tam zaciągnął, byłem zdumiony. Zamówił dwa podwójne cappuccino. Kawa w tej knajpie kosztuje horrendalne pieniądze, więcej nawet niż w Warszawie. Dopiero teraz zauważyłem na jego palcu złoty sygnet. No, wyglądał na złoty.
Przypomniał mi się Wiesław Wiernicki i jego książka "Wspomnienia o warszawskich knajpach", w której opisuje, jak przed II wojną portier nie wpuścił robotnika w eleganckim garniturze do drogiej warszawskiej restauracji.
Niestety, to po części smutna prawda. Ja ciągle jeszcze czasem mam kłopoty z odróżnieniem gorzej i lepiej urodzonych w Egipcie, ale Egipcjanie robią to wręcz automatycznie. Każdy tu wie, jak zwracać się do każdego, co komu wolno, co nie wobec "lepiej" czy "gorzej" urodzonego. Akcent, gesty, ruchy, mimika, aparycja, a przede wszystkim rysy twarzy określają i ustawiają w egipskiej drabinie społecznej człowieka niezwykle mocno. Ubranie jest rzeczą drugorzędną.
W czasie prawie ośmiu lat pobytu w Egipcie nie widziałem w przestrzeni publicznej ani jednego czytającego książkę człowieka. Raz jeden jedyny w mojej falafelowni kasjer czytał romans. W nielicznych księgarniach aleksandryjskich nie ma żadnej poważnej literatury. W Kairze jest lepiej, jest tam silna elita intelektualna, ale generalnie poziom czytelnictwa w tym 90-milionowym kraju jest bliski zera. Nie zawsze tak było, w latach 50. i 60. Egipcjanie czytali na potęgę, a socjalizujący prezydent Naser propagował wszelkie formy edukacji.
Historia zabbalinów sięga początków XX wieku, kiedy to do Kairu i Aleksandrii napłynęli w poszukiwaniu pracy mieszkańcy oazy Dahla leżącej na Pustyni Zachodniej. Znani jako wahija - muzułmańscy mieszkańcy oaz - zaczęli sprzątać borykające się z problemem śmieci przeludnione miasta, pobierając za to drobne opłaty od mieszkańców i właścicieli kamienic.
Ful to rodzaj gotowanego bobu - razem z chlebem stanowi najpopularniejszy i najtańszy egipski posiłek. Do dzisiaj sprzedawany za grosze z przenośnych wózków.
Świnie, nasze kochane świnie
Codziennie na aleksandryjskie ulice trafia ponad 3 tysiące ton śmieci. Część do kontenerów, a część prosto na ulice, tworząc góry odpadów. W weekendy, kiedy nie pracują państwowe służby oczyszczania, zabbalini mają najwięcej roboty.
Podobno pod względem wydajności w segregowaniu i utylizacji odpadów zabbalini nie mają sobie równych na świecie. Tylko śmieciarze z Bombaju i Manili osiągają podobne wyniki. Wydajność egipskich zbieraczy przewyższa szwajcarską.
Kiwnął głową.
W latach 30. i 40. XX wieku do Kairu i Aleksandrii napłynęła fala imigrantów koptyjskich z Górnego Egiptu. Oni to rozpoczęli w tych miastach hodowlę świń na większą skalę, sprzedając ich mięso licznym wtedy w Egipcie Europejczykom. Karmili je organicznymi odpadkami, które odkupowali od wahija, ale szybko ściągnęli ze wsi ubogich, bezrolnych Koptów, których zatrudnili jako zbieraczy organicznych resztek. To dlatego właśnie większość dzisiejszych zabbalinów to Koptowie.
W 2009 roku w Egipcie wykryto pierwsze przypadki świńskiej grypy. Ówczesny prezydent Egiptu Hosni Mubarak, bojąc się wybuchu epidemii, nakazał zabić wszystkie świnie w kraju - prawie 300 tys. sztuk. Niektórzy twierdzą, że zrobił to pod presją środowisk islamskich fundamentalistów, którzy nienawidzą świń jeszcze bardziej niż Koptów, Żydów i szyitów razem wziętych, i uważali, że świńska grypa to zemsta Allaha na nie dość religijnych Egipcjanach. Decyzja ta zaowocowała górami gnijących odpadów na ulicach, a przede wszystkim wywołała furię u zabbalinów i Koptów, hodowców świń. W koptyjskich dzielnicach dochodziło do demonstracji i starć z policją nazywanych czasem "świńską rewolucją", która - jak twierdzą niektórzy - dwa lata później przerodziła się w ogólnonarodową rewoltę i obalenie Mubaraka.
W Egipcie koszt wywozu śmieci wliczany jest w rachunek za prąd, są to ciągle bardzo małe pieniądze. Gdyby zreformować oczyszczanie egipskich miast, wprowadzić przymusowy recycling, większą liczbę kontenerów, zainstalować na ulicach kosze na śmieci, koszta wywózki odpadów wzrosłyby niepomiernie, a Egipt nie jest bogatym krajem. Mimo to władze egipskie w 2003 roku zakontraktowały firmy z Hiszpanii, Włoch i Francji do oczyszczania egipskich ulic. Nie zdało to jednak egzaminu, bo pociągało za sobą podwyższenie kosztów wywózki śmieci, a Egipcjanie nie chcą płacić za takie duperele. Zabbalini i tak za darmo wywiozą wszystko - mówią, ciskając śmieci na ulice, czasem nawet przez okna - i jeszcze będą zadowoleni, bo przecież z tego żyją.
Nikt tutaj nie myśli o środowisku naturalnym, to farmazony dobre na Zachodzie.
Trupy giną w oceanie śmieci
Szukałem wszystkiego, co dotyczyło plastiku i organiki. A, wiesz, to wszystko mogłem przeczytać tylko po angielsku, bo po arabsku to prawie nic nie ma. Spałem z rodziną na górze plastiku, wynająłem mały placyk i tam składowałem organikę, to jest taki smród, że normalny człowiek nawet tego sobie nie może wyobrazić. Zabbalini mieszkają obłożeni resztkami organicznymi, umierają od tego syfu, to jest jedna wielka choroba. Ja miałem swoje resztki kilkadziesiąt metrów od domu. W mieszkaniu tylko plastik, on jest niegroźny, i do tego tektura, trochę aluminium i metal, ale przede wszystkim plastik
Mam już kilku deweloperów
Fathalla to sieć aleksandryjskich supermarketów.
Chwila milczenia. Mój zabel macha na kelnera i zamawia dwa tiramisu, nawet nie pyta mnie, czy chcę.
Nagle zaczyna płakać, ale tylko przez chwilę, bardzo krótką chwilę. Nie wiem, co mam powiedzieć, milczę.
I on milczy. Tak siedzimy sobie i patrzymy na morze. Wzburzone.
Przyglądam się jego sygnetowi. Jest na nim koptyjski krzyż.
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151082,19673257,cappuccino-z-krolem-smieciarzy-o-biznesie-ktory-daje-50-tys.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


SPĘDZIŁEM NOC W DOMU PRZYJACIELA & NIE WIEDZIAŁ O TYM! Kasia pijana w barze straciła nas sobą panowanie [Na Wspólnej odc. 2722] Lekcja 9: 'Nie ma nikogo oprócz Niego' - YouTube Wyszło na jaw, że koledzy Przemka uciekli z miejsca wypadku [Na Wspólnej odc. 2722] Kasia zobaczyła Darka z Anetą! Dostał od niej w twarz! [Na Wspólnej odc. 2722]

Będę czekać całą noc - Justyna Luszyńska - epub, mobi ...

  1. SPĘDZIŁEM NOC W DOMU PRZYJACIELA & NIE WIEDZIAŁ O TYM!
  2. Kasia pijana w barze straciła nas sobą panowanie [Na Wspólnej odc. 2722]
  3. Lekcja 9: 'Nie ma nikogo oprócz Niego' - YouTube
  4. Wyszło na jaw, że koledzy Przemka uciekli z miejsca wypadku [Na Wspólnej odc. 2722]
  5. Kasia zobaczyła Darka z Anetą! Dostał od niej w twarz! [Na Wspólnej odc. 2722]

Krótki opis na temat filmu: W dzisiejszym filmie niepostrzeżenie wejdę do domu mojego przyjaciela i będę próbował spędzić u niego całą NOC! Film wyszedł niesamowicie, a reakcja ... Przemek orientuje się, że koledzy których chroni, zrzucają na niego całą winę! Kasia nie może pogodzić się z tym, że Darek z nią zerwał. ... Kasia została u Darka na noc [Na ... Praca kabalisty ze Stwórcą • „Nie ma nikogo oprócz Niego.“ Oznacza to, że mimo, że istnieje w życiu wiele odrębnych rzeczy, które wpływają na nas – wszystko ... Przemek orientuje się, że koledzy których chroni, zrzucają na niego całą winę! Kasia nie może pogodzić się z tym, że Darek z nią zerwał. Przychodzi do Żbika i żąda wyjaśnień. Przemek orientuje się, że koledzy których chroni, zrzucają na niego całą winę! Kasia nie może pogodzić się z tym, że Darek z nią zerwał. Przychodzi do Żbika i żąda wyjaśnień.